Mały, ale wariat…

O tym, dlaczego nie należy lekceważyć pitbike’ów. 

 

Bałam się tych pitów jak nie wiem. Odkąd jeżdżę na motocyklu moi znajomi, wraz z nadejściem zimy, próbowali namówić mnie na trening na hali. Konsekwentnie odmawiałam, w pamięci mając wszystkie te osoby, które na wspomnianych pitach połamały się mniej lub bardziej. Ee tam – myślałam – szkoda mi kolan przed sezonem, nie dziękuję, nie jadę.

W tym roku mój upór i konsekwencja wzięły jednak nieoczekiwany urlop, a to za sprawą Żanety ze Speed Ladies. Żanecie się po prostu nie odmawia.

Żegnajcie, więzadła. Czas na przygodę!

Słowo się rzekło, nie było już odwrotu, tym bardziej, że po fejsbukowej ścianie radośnie hulały już tagi i oznaczenia, a i mnie samej pomysł ten zaczynał się coraz bardziej podobać. Zapowiedział się człowiek, nie ma, że ja się boję, spróbujmy więc czegoś nowego.

Wyruszyliśmy ciemną nocą, w końcu jazdy rozpoczynały się już o 9 rano, a z Warszawy do Chojnic to wcale nie takie hop-siup. Na szczęście wierną towarzyszką podróży była nam pożyczona Toyota GT86, i niech mnie wszystkie blachary świata, jak ja uwielbiam ten samochód, to nie macie pojęcia. Dość rzec, że 2.0 boxer i napęd na tył i już jakoś się robi weselej na duszy. Boże mój, jak to sunie, jakie to ma przyspieszenie, jak to się wkręci na obroty, to klękajcie Toyoty…

Ale do rzeczy, my dziś o pitbike’ach, czyli wariatach z prawdziwego zdarzenia. Niech nas nie rozpraszają tyłnapędy, bo taki pitbike niby niewinny, a też potrafi dać popalić aż miło!

Zawsze przed wjazdem na nieznany tor czuję się trochę jak przed startami na zawodach motocrossowych. Adrenalina buzuje, głowa lata na wszystkie strony, całe ciało irracjonalnie podskakuje, rzec by można –  atak ADHD w czystej postaci.

A tutaj combo – nie znam toru, nie znam nawierzchni, nigdy w życiu nie jeździłam na pitbiku. Emocje tańczą sambę, dopamina kręci fikołki, a entuzjazm przygrywa temu wszystkiemu na trąbce.

Wystartowałam.

Pierwsze okrążenia były sporym zaskoczeniem – przyczepność okazała się być dużo większa niż zakładałam. Wyzwaniem za to okazało się okiełznanie małej bestyjki w postaci YCF w wersji SM 150. Jurne to, a jakie szalone! Ledwo manetkę gazu odkręciłam, a tu już prawie wyrywa mnie z kanapy! Od razu przypomniały mi się czasy motocrossu i wiecznej walki o utrzymanie się w siodle. No dobra – pomyślałam – skoro tak się bawimy… Następnych kilka kółek oswajałam się ze sprzętem – najwięcej trudności sprawiał mi ciasny zakręt z nawrotem. Próbowałam z szerokiego, z wewnętrznej, z zewnętrznej, na mniejszej prędkości, na większej… a okazało się, że cały sekret pitbików tkwi w płynnej jeździe, ale o tym za chwilę.

fot:https://www.facebook.com/otopit/

fot: Mateusz Patalon Fotografia https://www.facebook.com/mat.patalon/

Przyjrzyjmy się zatem, co tam ma ten wesoły bzyk „pod maską”. Pierwszy YCF, na którym zrobiłam kilka kółek to wersja SM F150. W środku tego potworka mamy czterosuwowy, jednocylindrowy silnik o pojemności 150 centymetrów sześciennych. Silnik niby o prostej konstrukcji, wcale nieduży… dlaczego więc taki ten pitbike zrywny? Męczyło mnie to zagadnienie strasznie, aż w końcu dotarłam do sedna sprawy. Otóż sprawcą całego tego zamieszania jest stosunkowo agresywny charakter małego silnika. Tłok ma małą średnicę, ale stosunkowo długi skok, a co za tym idzie długi korbowód. I teraz uwaga – ci, co mechanikę mają w małym palcu mogą spokojnie pominąć kolejne kilka zdań, natomiast dla mnie zależność długości korbowodu a pracy silnika wydała się na tyle ciekawa, że postanowiłam temat nieco zgłębić i poświęcić mu pare kliknięć w klawiaturę.

W astronomicznym skrócie – w cylindrze jest tłok, tłok rusza się góra-dół. Jak świeca zapłonowa podaje iskrę, to mieszanka paliwa i powietrza w cylindrze wybucha, tłok pod wpływem ciśnienia leci sobie w dół (a właściwie jest wypychany, bo ciśnienie też ostro w międzyczasie daje czadu), a, że jest połączony z korbowodem, a ten z kolei z wałem korbowym, to jego też wprawia w ruch, tym razem w ruch obrotowy.

Co ma do tego wszystkiego skok tłoka/długość korbowodu?

Długi korbowód „wali” raz, a porządnie. Im krótszy korbowód, tym bardziej musi się „namachać”, a przy dłuższym jest po prostu konkretne „BUM”, i pozamiatane. I właśnie to „BUM” jest przez nas odczuwalne podczas jazdy jako agresywna charakterystyka. To właśnie to „BUM” odpowiada za gwałtowne przyspieszenie, wyrywanie się motocykla do przodu i spadanie z kanapy już przy niskich obrotach. Jakby skok tłoka był krótszy, to byłby łagodniejszy, ale nie reagowałby tak szybko na gaz.

Do tego dodać jeszcze możemy system zasilania w postaci gaźnika. O gaźniku pewnie można by napisać kilka opasłych tomisk, ale to, co tu ma znaczenie, to fakt, że jest po prostu mniej precyzyjny niż wtrysk paliwa. Tu powinnam się chwilę zatrzymać przy przepustnicy i opisać pokrótce, jak to wszystko działa..

Wracamy do astronomicznego skrótu – przekręcam manetkę gazu, tym samym naciągam linkę gazu. Linka gazu z jednej strony jest przyczepiona do manetki gazu, z drugiej do koła przy gaźniku, które steruje przepustnicą. No i teraz tak: przepustnica dozuje ilość wpuszczanego powietrza (to ono, zmieszane z paliwem, dostanie się później do cylindra). Z gaźnikiem sprawa wygląda tak, że jest on regulowany mechanicznie śrubkami, więc otwierając przepustnicę o dany kąt zawsze poda taką samą ilość paliwa. Wtrysk paliwa sterowany jest natomiast komputerem, który to zbierając informację z różnych czujników wie lepiej, ile w danym momencie trzeba „podlać” paliwa. Wobec czego system gaźnikowy nazwałabym trochę „sztywnym”. Dlatego też motocykle, które w gaźnik są wyposażone, uznawane są za bardziej „ostre”.

Potem w moje ręce trafił z kolei YCF SM F125S z półautomatyczną skrzynią biegów. I tu muszę przyznać, że zrobiło się zdecydowanie przyjemniej. Dzięki braku jednego zmartwienia w postaci sprzęgła mogłam skupić się na płynnej jeździe, a to ona jest kluczem do całej zabawy w pitbiki. Po kilku przejazdach pewna jestem jednego – pitbike to idealne narzędzie do nauki równego trzymania gazu. Dla każdego motocyklisty to będzie a) świetna rozgrzewka przed sezonem b) porządna lekcja harmonijnej jazdy na dwóch kółkach.

fot:https://www.facebook.com/otopit/

fot: Mateusz Patalon Fotografia https://www.facebook.com/mat.patalon/

Poza tym, atmosfera wokół otopitowych eventów  jest wyśmienita – tylu uśmiechniętych ludzi na raz nie widziałam już dawno! Jest głośno, wesoło, intensywnie… No i ogromnie wzruszają mnie dzieci na małych motorkach, ale tu akurat zwalam na hormony 😉

fot:https://www.facebook.com/otopit/

fot: Mateusz Patalon Fotografia https://www.facebook.com/mat.patalon/

 

Skomentuj