Robert Kupisz „Crown”…

…czyli piękna bajka bez happy endu. 

 

Cygańskie wesele. Delfin na patyku pływający w oceanie. Zaproszenie w formie płyty winylowej. Sala sportowa zamiast wybiegu.

W pokazach Roberta Kupisza zawsze jest jakaś historia.

Nie zawiódł i tym razem – na zaproszeniach dla gości widniało tajemnicze: „dress code – na bogato”. Zapewne spodziewali się wszyscy kapiącego złota, przepychu, Bizancjum.

I faktycznie – w iście królewski nastrój wprawił nas projektant swoim pokazem oprawionym przepięknymi, sakralnymi chórami. Ale zanim otworzyły się wielkie, barokowe drzwi, zanim modele i modelki w koronach dostojnym krokiem przemaszerowali przez wybieg, zanim świat ujrzał te falbany, ornamenty i welury, zanim to wszystko rozbłysło w blasku fleszy… – swoją robotę zrobiliśmy my, ludzie backstage’u.  

My jesteśmy z drugiej strony kurtyny. Za zasłoną świat pokazów wygląda zupełnie inaczej. Tętni tu życie, kontrolowany chaos tańczy walca z kreatywnością, a przygrywa temu wszystkiemu lekka adrenalina. Pokaz musi przecież być najpiękniejszy. Widowisko musi przecież pozostać w pamięci aż do następnej kolekcji. Redaktorzy muszą zdać relację. Zdjęcia muszą być udostępnione, transmisje live wyemitowane, snapy nagrane, ciuchy sprzedane. Show must go on. 

Próbowałam doliczyć się gdzieś po drodze, który to mój pokaz dla marki. Dziewiąty? Dziesiąty? Ile to już lat? Jakby to było wczoraj pamiętam swój pierwszy raz – na tyłach praskiego Soho (już zburzone…), w ogólnym rozgardiaszu, wśród butów, lakierów i plastikowych krzeseł odbyła się moja inicjacja. Nigdy nie zapomnę skupienia na twarzy Goni Wielochy, tego spokoju, z jakim brała pędzel do ręki. My, dziewczynki przecież jeszcze wtedy, zgromadzone wokół niej, bacznie obserwowałyśmy każdy ruch. Było w tej chwili coś magicznego, ledwie wyczuwalnego. Dla mnie był to początek mojej drogi. I ostatni raz, kiedy mogłam podziwiać Gonię Wielochę w pracy.

Pokazów potem było sporo – główne makijażystki się zmieniały, marki też, kolekcje pojawiały się i znikały z półek. Bywało twórczo i pięknie, bywały trudne momenty, różne lekcje trzeba było po drodze odrobić.

My trwałyśmy. Młode dziewczyny zafascynowane światem beauty zmieniły się w dorosłe, świadome siebie i swojej estetyki kobiety. Schowane za kurtyną przez cały ten czas, dojrzewałyśmy sobie spokojnie. Nikt nie zapamiętał naszych imion. Nikt nie klaskał. Robiłyśmy swoje.

Przychodzi taki moment, w życiu, w karierze, że chcesz się już kierować tylko prawdą. Nie wiem, czy ma to związek z wiekiem, z ilością przeczytanych książek czy może z doświadczeniem życiowym, ale w pewnym momencie życia chcesz robić rzeczy tylko i wyłącznie w zgodzie z sobą. I już dokładnie wiesz, co masz robić.

Mam taką stopklatkę ze środy. W miarę zbliżania się godziny zero atmosfera na backstage’u zawsze gęstnieje. Wszyscy zaczynają poruszać się jakby trochę szybciej, trochę bardziej jest nerwowo, skupienie sięga zenitu. Odwracam się na chwilę od mojej modelki  i zerkam na znajome, kochane twarze. Patrzę, jak ręce sięgają po pędzle, jak między brwiami pojawia się zmarszczka skupienia, jak oczy im błyszczą, a policzki rumienią z emocji. Patrzę, jak z zadowoleniem akceptują kolejne etapy swojego makijażu, jak sprawdzają uważnie, czy brokat na pewno jest w dobrym miejscu i czy rozświetlenie twarzy pracuje zgodnie z założeniem. Widzę, że są w szale tworzenia, ale że to jest ich moment, że to jest ta chwila, której nie da się złapać, opisać, że to jest ta wewnętrzna prawda, która nimi właśnie kieruje, steruje kolejnymi pociągnięciami pędzla. I myślę sobie, ile my wszystkie razem przeszłyśmy, jaka ta nasza droga była kręta, jaka czasem była niewdzięczna, często usłana łzami i rozczarowaniem. Myślę sobie, jak my się wszystkie zawzięłyśmy, żeby w tym szalonym, błyszczącym blaskiem na pokaz świecie pozostać w zgodzie se sobą, że swoimi przekonaniami. Jak się wspierałyśmy i się wspieramy, jak nie pozwalamy się skrzywdzić nawzajem w tym naszym poletku, gdzie tak łatwo jest dostać znienacka cios nożem w plecy, gdzie jak ci nie pasuje to za 5 minut będzie tu inna wizażystka, gdzie przykro mi, ale zlecenie nieaktualne, wzięliśmy twoją tańszą koleżankęgdzie zapamiętają twoje imię dopiero, jak wyznaczysz jasno granice i zawalczysz o swoje. I myślę sobie jeszcze, że takie jak my troszkę zmieniają ten świat i że potrzeba nas więcej, nieważne w jakim zawodzie i na jakim poletku. Że gdyby każdy z nas wytatuowane miał gdzieś w środku serducha wielkie UCZCIWOŚĆ, to świat byłby znacznie lepszym miejscem. Taką zwykłą, prostą, poczciwą uczciwość – względem innych, ale przede wszystkim względem siebie.

 

Piękne były dziewczyny. Szły dumnym krokiem, rozświetlone twarze odbijały światło reflektorów, lśniły kości policzkowe, oczy mieniły się srebrnym brokatem. Schodziły z wybiegu, a tam już czekałyśmy my, uzbrojone w pudry, korektory i szminki do poprawek. Świetne są te chwile, nie powiem – czasem któraś z nas wymknie się w porę, żeby reszcie zrelacjonować jak sprawdziła się nasza praca. Stoi się wtedy w cieniu, w ciemności schowanym, gdzieś z boku sceny, pomiędzy jednym światem a drugim. Gdzieś tam z tyłu, za szczelnie zasłoniętą kurtyną szaleństwo trwa w najlepsze. Plątanina nóg, bronzerów, sukienek, pudrów, szminek, wyciągniętych z lakierem rąk, kapeluszy, spinek. Z drugiej strony kurtyny spokój. Dookoła wybiegu ciemność. Modelki i modele wychodzą, jedno po drugim, w rytm muzyki. Światło reflektorów wytycza im drogę, głowy obracają się za nimi. Stop, poza, obrót, powrót. Żegnani spojrzeniami, znikają za zasłoną. Wracają do naszego chaosu.

 

Natchniona po skończonym, udanym pokazie wracam do domu, przepełniona jeszcze tą muzyką, z brokatem na dłoniach, z zapachem lakieru na ubraniu, z sercem wypełnionym dumą i wdzięcznością. Odbieram telefon, krzyczę w słuchawkę, że kocham, że pokaz taki ładny, że wracam, że zaraz Ci będę opowiadać…

– Samochód nam ukradli.

Kurtyna?

2 komentarze

  1. Olo
    • Monika Harwas

Skomentuj