Mój pierwszy motocykl…

Część druga. Na pewno nie ostatnia. 

 

Zimę trzeba przeczekać.

Nie zerkać zbyt dużo za okno trzeba. Schować głęboko do szafy należy wszystkie letnie koszulki i krótkie spodenki, żeby nie wyskoczyły człowiekowi przypadkiem przed niewyspane lico, kiedy rano szukać będzie człowiek po omacku ciepłych skier i swetra.

Bo rano jest, cholera, ciemno.

I zimno.

I źle.

I smog.

Można sobie natomiast nieco umilać czas oczekiwania na wiosnę – i tu nadchodzę z ratunkiem. A tak naprawdę wcale nie ja, a bohaterki kolejnej części motocyklowych historii. Po pierwszym wpisie o jeżdżących dziewczynach poszłam za ciosem – poszukałam chętnych na forum, popytałam wśród znajomych, zrobiłam mały research. I oto są, kolejne dziewczyny i ich opowieści, kolejne pierwsze motocykle i kolejna dawka radości z jazdy. Mam nadzieję, że dzięki lekturze tego posta chociaż na chwilę oderwiecie się od zamglonej i szarej rzeczywistości i powędrujecie myślami gdzieś daleko, gdzieś, gdzie świeci słońce, temperatura jest umiarkowana a asfalt przyczepny.

Oddaję zatem głos dziewczynom, bo to one i ich zajawka jest tu najważniejsza!

 

Katarzyna „Karen” Łapczyńska, stuntriderka, autorka bloga  www.lapczynska.com

Miałam napisać artykuł o swoich pierwszych dwóch kółkach..

Całe dzieciństwo mówiłam rodzicom, że chcę BMX-a, ale oni wiedzieli co robią. Z pozdzieranymi kolanami wracałabym dzień w dzień, a sprzęt szybko uległby destrukcji. No i dostałam górala..
Jeśli chodzi o motocykle, od dziecka byłam ślepo zapatrzona w crossy. Dlatego też pierwszą wybłaganą przeze mnie maszyną była Yamaha DT50R. Ten szatan bezdroży i pogromca hopek więcej stał niż jeździł, bo wiecznie był w naprawie. Efekt „dobrego zakupu” i niezwykłej okazji. Niebieska strzała nie była największym ulepem jakiego widziały moje oczy, za to z pewnością może dzierżyć miano jednej z najbardziej zajechanych DT na tej planecie. A na pewno w tym kraju. Kto nią wcześniej jeździł i co robił, aż boję się myśleć. Byłam dzieckiem, kiedy kupowaliśmy ten motocykl i swoim chłodnym, specjalistycznym oczkiem jego stan oceniał ojciec. Od tego czasu nie pozwalam mu nawet dolać płynu do spryskiwaczy do mojego samochodu..

Zawieszenie.. a, zawieszenie. To coś, co dobijało z każdej strony. No tak, to było zawieszenie. Było. W efekcie czego maszyna (jak to dumnie brzmi..) waliła się w zakręty szybciej niż wieże World Trade Center po ataku z 11 września. Opony? Jedna szosowa, druga offroadowa. Trochę dojechane, ale biorąc pod uwagę ogólny stan motocykla daję im prawie dobry plus. Układ napędowy? Łańcuch leżał sobie rozkosznie, a jego ostatnie naciągnięcie miało miejsce chyba w okolicach 2000 roku (Yamaha była z 1999..). Do tego zęby w zębatce były ostre niczym zęby rekina. Idealnie. Motorowerek czasem odpalał, a czasem nie. Częściej nie odpalał – chyba, że ktoś mu pomógł. Na pych można było go jeszcze zmusić do rozruchu. O niedziałających kierunkach, problemach z elektryką i ogólnej rdzy wspominać już nie będę.

Generalnie maszyna była poczciwa i niezwykle pocieszna. Wystawiłam ją z prędkością światła na Allegro za grosze, byleby ktoś zdecydował się ją ode mnie zabrać. Skrupulatnie wypisałam wszystko, co jest do zrobienia – aukcja była niemal długości „Pana Tadeusza”. Tymczasem okazało się, że im bardziej rzetelny opis i niska cena, tym większe zainteresowanie. Rozdzwoniły się telefony. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak takie padło może być tak rozchwytywane. Wreszcie jeden z potencjalnym kupców oświadczył mi, że już po motorower jedzie. Z Lublina. Gdy dojechał podważył kilka moich sugestii, np. co do rozwalonego zawieszenia uznając, że wystarczy wymienić olej w lagach (he, he..). Podobnie silnik – według owego miłego chłopaka wymagał jedynie drobnej kosmetyki. Powiedziałam prawdę, stałam przy swoim twardo, a on i tak kupił. Dzień później rozbierał już serducho DT50R na czynniki pierwsze. Ach, Ci panowie, nic a nic nie wierzą kobietom…

Ile miałam wtedy wiosen? Piętnaście. Tylko albo aż. Prawdziwi kozacy swoje „kariery” zaczynają jako małe dzieci. Ja byłam już stara, na dodatek po DT50R miałam długą przerwę i dopiero w wieku 19 lat zaczęłam robić prawko na A, a w wieku 20 wiosen wsiadłam na Yamahę XJ6. I dlatego teraz nie oglądacie mnie w MotoGP, a co najwyżej w wyścigach tour de Wrocław ☺

img_9595 img_3512 2017-08-05 14.05.44 2016-10-01 17.00.47-2

Agnieszka „Wisienka” Wiśniewska, autorka Fan Page’a https://www.facebook.com/wisienkanamotocyklu/

Swoją przygodę z motocyklami zaczęłam w wieku 12 lat, prawie 13. Wszystko to wina mojego starszego brata, który nie chciał mnie wozić „na plecaku”, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce;) Pamiętam jak nie mogłam się doczekać aż skończę 13 lat, zrobię kartę motorowerową i w końcu będę mogła wyjechać moim demonem prędkości, czyli Aprilą RS 50 na ulicę. Oczywiście motocykl dostałam od rodziców, ale po warunkiem, że będę jeździła tylko pod okiem brata i zawsze w pełnym kombinezonie. Poszukiwania kombinezonu dla małej dziewczynki to było wyzwanie (no dobra nie takiej małej, bo teraz jedynie przybyło mi trochę zmarszczek). 11 lat temu nie było takiego dostępu do kombinezonów damskich – był tylko Dainese. Kosztował miliony monet, dlatego postanowiliśmy kupić męski kombinezon. Wyobraźcie sobie, że gość sprzedał mi kombi w rozmiarze 48 lub nawet 50, które wisiało na mnie niemiłosiernie, ale, cytuję: „ idzie jesień, wsadzisz grubą bluzę i będzie dobrze”. Tak też przejeździłam sezon, aż zaczęło mi brakować mocy, a że akurat brat przesiadał się na większy motocykl, to otrzymałam jego Aprilię RS 125 w spadku. To był mega sprzęt i naprawdę bardzo dobrze go wspominam, wiele się na nim nauczyłam. Na RS’ce 125 pierwszy raz wjechałam na tor i uczyłam się jeździć na jednym kole, nawet się udawało strzelając ze sprzęgła 😀 Po ok 3 sezonach przesiadłam się na kawę 636, z którą wiąże się dłuuga historia, bo po niedługim czasie musiałam wrócić na RS125. W międzyczasie miałam na pół z bratem hondę SC33 przerobioną do stuntu, więc po szkole zamiast latać na piwo z rówieśnikami i palić fajki latałam… na moto. Pić i palić się nie opłacało, bo musiałam mieć kasę na wachę. Nawet całkiem fajnie mi szło. Wtedy, jeszcze na stronie Grono.net obecny mąż Moniki, czyli Simpson zobaczył moje zdjęcia jak jeżdżę i załatwił mi pierwszą rozmowę o pracę w miesięczniku motocyklowym. Później to już jakoś poszło, a jak skończyłam upragnione 18 lat przesiadłam się na suzuki GSXR 600 k8, na którym jeżdżę do tej pory.

25445121_1680043868702190_1985160838_o

25437469_1680043335368910_1626290706_n

25445264_1680042208702356_2008652151_o

25436244_1680042205369023_1350449752_n

I na koniec zostawiłam sobie i Wam jeszcze jedną historię. Deserem będzie dziś opowieść Kasi, która napisała do mnie po moim zapytaniu na forum motocyklowym. Zostawiam Was z bardzo optymistycznym akcentem na koniec – na spełnianie marzeń zawsze jest dobry czas.

Podczas czytania wszystkich historii do tego posta uśmiech nie schodził mi z twarzy. Mam nadzieję, że ten nastrój udzieli się też Wam – do wiosny juz coraz bliżej 😉

Dziewczyny! Jeżeli siedzicie teraz i z wypiekami na twarzy wyobrażacie sobie, jakby to było jeździć na motocyklu… Kasia ma dla Was radę:

Dopiero zaczynam swoją przygodę z motocyklami. Mając 27 lat zdałam prawo jazdy, obecnie jestem na etapie ciułania na pierwszy motocykl. O zrobieniu prawa jazdy myślałam odkąd zdałam kat. B czyli od…..8 lat? Trochę mi się zeszło, wiecznie miałam ważniejsze wydatki, które wygrywały z kursem. Stopniowo jednak zaczęłam poważniej o tym myśleć, a chyba takim prawdziwym katalizatorem zmian był mój obecny chłopak, który pozwolił mi kilka razy poćwiczyć na swoim motocyklu. Chwalił moją jazdę, a gdy się koncertowo wyglebiłam na placu na którym ćwiczyłam (bo tylko w takich miejscach pozwalał mi jeździć) nie nawrzeszczał że blondynka, że się nie nadaję, tylko spokojnie pozbierał mnie i moto 😉 Sugerował też,  że jazda we dwójkę, gdy każde ma swoje moto daje większą frajdę, a do tego jest mniej męczące niż plecakowanie przez kilka godzin.
Kurs to zaczęłam w lipcu, egzamin zdałam w listopadzie. Przekrój pogodowy z prawdziwego zdarzenia – od upałów po 30 stopni, gdy mózg mi się gotował pod kaskiem, do temperatur ok. 8 stopni i ulewnego deszczu na egzaminie. Miałam spoko instruktora, który nie pieścił się ze mną jakoś specjalnie, opieprzył jak było trzeba, pochwalił jak robiłam wszystko jak należy  Dziś trochę żałuję, że późno się tym zajęłam. Nie miałam żadnego przykładu ani w rodzinie, ani wśród bliskich znajomych jak dziewczyny w Twoich historiach, stwierdziłam że po prostu tego chcę i już. Dopiero z czasem dojrzałam do tego żeby spełniać swoje małe i większe marzenia, bo może chociaż banalnie to brzmi, to życie jest jedno i szybko nam ucieka. Mam nadzieję że moja historia zachęci te dziewczyny, które się zastanawiają nad podjęciem ostatecznej decyzji.

24271023_1996341943726104_2064349763_o

co na pierwszy motocykl

Skomentuj