Podsumowanie sezonu motocyklowego 2017…

Czyli wzruszeń nastał czas.

 

Ten sezon był dla mnie pod wieloma względami wyjątkowy. Był też przełomowy – pierwszy całkowicie spędzony na asfalcie po pożegnaniu z offroadem.

Sprzedając Yamahę rok temu miałam mieszane uczucia – w końcu to dzięki motocrossowi zaczęła się moja przygoda z motocyklizmem. MX to było moje, wywalczone, wyszarpane, wbrew wszystkiemu i wszystkim, a już na pewno wbrew zdrowemu rozsądkowi. Moje spełnione marzenie, które, powtarzając za Walkiewiczem, nie opłacało się zupełnie, ale warte było wszystkiego.

I przyszło mi się z Jadwigą pożegnać, a razem z Jadwigą przeminęły czasy radosnej babraniny w piachu i błocie. Nastała pora na nowe.

tor Kisielin

Wakacje już dawno nam się skończyły, słońce już na dobre schowało się za chmurami, temperatury niebezpiecznie zbliżają się do zera… to dobry moment na refleksje i podsumowania.

Z całą mocą mogę stwierdzić, że ten sezon był najbardziej intensywnym, ale i najlepiej spędzonym czasem w moim życiu. 

Jeszcze nigdy nie jeździłam tyle na motocyklu, nie poznałam tylu ludzi, nie zobaczyłam tylu miejsc w kilka miesięcy, nie pisałam tyle, nie nagrywałam tyle video, jeszcze nigdy nie dzieliłam w ten sposób pasji z najbliższymi, jeszcze nigdy nie było tak dużo, tak bardzo i tak zamaszyście. Przypłaciliśmy to trochę zdrowiem, bo w momencie wyjazdu na urlop bardziej przypominaliśmy z Andrzejem smętne trocinowe wiórki niż gotowych na wypoczynek turystów, ale cholera, warto było. Wycisnęłam to lato do ostatniego promienia słońca. Dałam z siebie dwieście procent, ale tego, co otrzymałam w zamian nie da się zmierzyć żadną miarą.

Ludzie, miejsca, przygody… wdzięczna jestem losowi za każdą jedną chwilę.

No dobrze, ale ja się tu wzruszam i rozpływam, a podsumowania jak nie było, tak nie ma.

Przewertujmy więc wiosnę/lato 2017, zobaczmy, co tam się działo ciekawego: 

1.Oddałam serce CRFie.

A ona wiernie mi służyła, łagodnie reagując na gaz, płynnie oddając moc i delikatnie, acz stanowczo hamując przed zakrętami. Moje obawy sprzed zmiany podłoża okazały się zupełnie wymyślone. W supermoto znalazłam to, czego szukałam – jest tu prędkość, technika, czuć, jak motocykl pracuje, poziom adrenaliny się zgadza… Tak. Dobra to była zmiana w moim przypadku.

tor kisielin

piach i puder

piach i puder

 

2. Zwiedziłam Norwegię na Hondzie Africa Twin przy okazji imprezy pod hasłem Adventure Roads.

Mam nadzieję, że przede mną jeszcze mnóstwo takich „podróży życia” jak ta, ale Norwegia była wyjątkowa z paru względów:

  • primo, miałam możliwość dzielenia zachwytu nad tą krainą z Moim Ulubionym Człowiekiem Świata to jest z moim mężem
  • secundo, oboje byliśmy tam zawodowo, mąż z racji gazety, ja z racji bloga i jeżeli to nie oscyluje gdzieś w pobliżu hasztagu jobgoals no to ja już doprawdy nie mam pomysłu.

O Norwegii powstało parę wpisów, w których przelałam swój podziw na klawiaturę (tutaj) i cała seria filmów (TUTAJ)

3. Zbratałam się z Ducatistami.

Ducati Klub Polska pozwolił mi jeździć na CRFie na swojej imprezie (tutaj), a Ducati Polska zaprosiło na jesień z Ducati (i tu niech no tylko zrobię to prawko, jak się za testy Scramblerów wezmę…). Wychwalałam już przymioty charakteru właścicieli Ducati w niejednym wpisie – potrafią się te chłopaki i dziewczyny zebrać i robić razem fajne rzeczy, doprawdy chwała im za to i oklaski. W jeździe na motocyklu chodzi o to, żeby cieszyć się nią z innymi!

ducati klub polska

4. Ruszyliśmy z Time Attack.

Żeby jeszcze tego wszystkiego było mało, uruchomiliśmy z Moim Ulubionym Człowiekiem Do Życia własną stronę czyli www.timeattack.pl. Założenie ma ona proste –  jeździmy po torach, mierzymy swoje czasy okrążeń i bawimy się w zdrową rywalizację. Im nas więcej, tym jest weselej. Zorganizowaliśmy z tej okazji pod patronatem Liqui Molly i JC Group Janusz Czaja pojeżdżawkę, a tak naprawdę to najprawdziwszy IWENT i doczekać się nie mogę na kolejne. Tylu świetnych ludzi z zajawką w jednym miejscu i ja drąca się przez megafon – tak chyba wygląda raj (tu możesz sprawdzić czy jesteś szybki)

5. Wystąpiliśmy z Pszemkiem vel Hyosungiem w amerykańskiej superprodukcji.

A tak naprawdę w żadnej tam amerykańskiej, tylko naszej własnej, polsko-kartoflanej, ale zrealizowanej tak, że Amerykanie już zbierają na korepetycje u  ZATANKOWANI TV. Wychodzi na to, że nie trzeba mieć sztabu ludzi, helikoptera i wielomilionowego budżetu żeby zrobić porządny kawał reklamy, w tym przypadku kasku Shoei. Jeżeli masz talent, jesteś z ekipy, masz do dyspozycji STUNT STORY i Simpsona no to Chryste Panie, Hollywood samo się po Ciebie zgłosi, innego wariantu nie ma.

Link do filmu znajdziecie tu:

https://www.facebook.com/shoeipolska/videos/1622716684434738/

6. Spędziłam dzień na torze ze Speedladies. 

Speedladies to dla mnie przykład na to, że kobiety to najlepsi organizatorzy – na track day’u z nimi nie dość, że spędzisz miło czas, to jeszcze dadzą Ci kiełbasy i ciasta. A tak zupełnie serio – to, co robią, zachęcając dziewczyny do jazdy, jest nieocenione. Sama pamiętam uczucie zakłopotania i zażenowania kiedy pierwszy raz w życiu miałam wyjechać na tor. Jeszcze wtedy święcie przekonana byłam, że ten świat jest twardy i brutalny, że trzeba pokazać że się jest szybkim, inaczej zostanie się publicznie zlinczowanym. Oczywiście nic bardziej mylnego – znajdzie się tu miejsce dla każdego, ludzie są jak wszędzie, jedni życzliwi inni mniej, na szczęście z przewagą tych życzliwych, a tak naprawdę to najważniejsze żeby mieć coś co ma dwa kółka i jedzie jak się odpali silnik i się tym jarać. Tu przeczytacie o dniu ze Speed Ladies.

speed ladies warszawa

7. Jeździłam Harleyem po torze! 

No tu to się sama nie spodziewałam, że będzie tak fajnie. Nie planowałam jechać na ten track day – z dużymi pojemnościami nie mam na co dzień do czynienia, Harleyem nie jeździłam nigdy w życiu, „co ja tam powiem ciekawego?” – myślałam sobie. Ostatecznie zwyciężyła chęć jazdy i ciekawość. Kombinezon wzięłam „na wszelki wypadek” i zaraz się okazało, że jeden swój przejazd odpalił mi Baryła, drugim podzieliła się Bad Girl… i Street Rod 750 był mój na kilka dobrych przejazdów! Wrażenia z jazdy opisałam tutaj, a Street Roda dopisuję na listę motocykli do maglowania w nadchodzących sezonach.

street rod cena

Nie powiem, działo się w tym 2017.

Niesamowite, jak każdy sezon przynosi coś nowego, coś dobrego. 5 lat temu po raz pierwszy w życiu próbowałam odpalić Yamahę YZ85, pamiętam ten dzień dokładnie. Nie znałam nikogo, nikt (oprócz Guzika, cześć Guzik!) z moich znajomych czy rodziny nie jeździł na motocyklu. Byłam totalnie zielona, nie wiedziałam absolutnie nic, pojęcia o niczym nie miałam, miałam tylko marzenie. W google wpisałam „motocross Warszawa” bo tylko na kilkuletnią crossówkę wiedziałam, że jestem w stanie usupłać jakiekolwiek pieniądze z barmańskiej pensji. Doszła do tego wygrana w konkursie na YT, wpadła niespodziewana kasa. Motocykl był przepłacony, za mały, ale był. Eksplozja szczęścia. Poszłam wtedy za marzeniem. I idę za nim cały czas 🙂

Do zobaczenia w następnym poście!

M.

4 komentarze

  1. Tak_ka_es
    • Monika Harwas
  2. Ta_ka_es
    • Monika Harwas

Skomentuj