Ducati Red Track…

czyli piękne motocykle na torze w Kisielinie!

 

Nie będę owijać w bawełnę – jak słyszę: „wyjazd z Ducati” to już wiem, że będzie świetnie.

Poznaliśmy się wszyscy na naszym wiosennym wyjeździe do Walencji ( TUTAJ jak było) i od tego czasu wiem, że Ducatiści nie biorą jeńców, jak idą to pełną parą i nie ma, że ej chłopaki ja dzisiaj pas, a wszystko, co robią, od jazdy po torze po wieczorne balowanie jest po prostu fantastyczna zabawą.

Nie wiem, czy to magia motocykla, czy to te barwy czerwone, czy może włoskie klimaty… ludzie jeżdżący na Ducati są po prostu superspoko.

ducati klub polska

fot: http://ducatiklubpolska.pl/pl/

Na myśl o wspólnym wyjeździe z Ducatistami zacierałam więc rączki i ochoczo pakowałam skarpetki – w końcu Ducati Red Track to nie byle jaka impreza, to jest cały cykl spotkań, a każde sygnowane aktualnie panującą porą roku. Możesz spędzić z Ducati wiosnę, lato, jesień, a i zimą pośmigasz z nimi na śniegu. Co jak co, ale Ducati Klub Polska to są ludzie z głowami na karku i totalnie zaangażowani w sprawę – chyba nie przychodzi mi na myśl inny tak prężnie działający klub.

No i słuchajcie, przyjeżdżamy na miejsce. Stary Kisielin, tor kartingowy. Wszystko all inclusive – pogoda aż miło, chmury elegancko przepędzone, słońce grzeje, niebo błękitne, motocykle lśnią, w środku lasu rzecz się dzieje, piękna sprawa.

Na wejściu zaliczyłam mały zgrzyt z prowadzącym szkolenie, bo ja wszystko rozumiem, że szare dresy, że różowe adidaski i że entuzjastyczne powitania ze znajomymi mogą być cokolwiek irytujące, ale żeby od razu  nazywać mnie „DZIEWCZYNKĄ”???

Ja i moje prawie trzydziestoletnie ego poczułyśmy się bardzo urażone i już nawet miałyśmy w planach odwracanie się na pięcie i powrót do busa w atmosferze focha, ale usłyszałyśmy ryk odpalanych silników, zapach benzyny wtoczył nam się w nozdrza, podmuch z wydechu rozwiał włos… i ostatecznie postanowiłam wyluzować moją wewnętrzną feministkę i po prostu wskoczyć na motocykl. Screw it, let’s ride, że tak zacytuję konkurencję.

Tor w Kisielinie jest bardzo przyjemnym obiektem. Położony jest w lesie, więc ewentualny hałas nikomu nie przeszkadza. Do dyspozycji mamy fajną nitkę – jest i dłuższa prosta, i zakręty z przełamaniem, i techniczne nawroty, i tu akurat mój mały sukces, bo postawiłam sobie za cel przełamać swoją niechęć do tych ciasnych skurczybyków i proszę, chyba się udało. Dzięki intensywnemu treningowi w Kisielinie nawrót w prawo na torze Łódź nie jest już moim wrogiem, ba! chyba się zakumplowaliśmy.

tor kisielin

Szkolenie z DuszanTeam było intensywne – ja co prawda bardziej koncentrowałam się na poszukiwaniu właściwej nitki niż na nauce slajdów, ale trzeba przyznać – pan instruktor wykazywał pełne zaangażowanie, były i pokrzykiwania, i doping w stylu rodem z amerykańskich filmów, i nawet uszanowanko z uściskiem dłoni na koniec.

Ale najlepszą częścią dnia był WYŚCIG.

Czasami pada pytanie, czy brakuje mi motocrossu. Odpowiedź brzmi: nie, ale faktem jest, że tęskni mi się za motocrossową ekipą i za czymś jeszcze. Za adrenaliną na starcie. Niewiele rzeczy daje takiego kopa jak wyjący silnik, stan przedzawałowy serca i pięć sekund do opuszczenia bramek startowych. Co prawda na torach supermoto spotykam coraz więcej osób, z którymi mamy podobny poziom jazdy i ścigamy się aż miło, no ale zawody to zawody. A tutaj, w Circuito de Kisielin, zorganizowano nam wyścig nie byle jaki, bo czterogodzinny endurance i powiem Wam, że przed startem zastanawiałam się, jak my cholerka tego dokonamy w trzydziestostopniowym upale po całym dniu szkolenia.

tor Kisielin

tor Kisielin

Zawodnicy podzielili się na trzyosobowe ekipy, i jeśli ktoś kiedyś wygrał los na loterii życia, to to byłam właśnie ja tego dnia w Kisielinie, bo moi kochani, nie dość, że w drużynie miałam swojego własnego, osobistego męża, to jeszcze życzliwa Opatrzność zesłała mi Gładkiego, a musicie wiedzieć, nie byle jaka jest to persona. Dość powiedzieć, że drużynę naszą nazwaliśmy „GŁADKO POSZŁO”.

tor Kisielin

I się zaczęło. Zaraz w kąt poszły wszystkie ustalenia, że my tu tylko dla zabawy i bez napinki. Ścigamy się, panowie, maneta odwinięta! Z zapałem przeciskałam się między kolejnymi zawodnikami, goniłam, wymijałam, kombinowałam, podbijałam biegi jak szalona. Kiedy zmienialiśmy się w drużynie dopingowałam i zdzierałam gardło, biegałam w tę i z powrotem z benzyną, machałam, robiłam dokumentację fotograficzną, no co tu dużo mówić – zapiszę sobie ten dzień na kartkach pamiętniczka z adnotacją „best day ever”.

Nie będę ukrywać – poszło mi fantastycznie. Wyścig wygraliśmy, zapewne większa tu zasługa chłopaków niż moja, ale z dumą stwierdzam, że dawałam radę! Dwieście procent tam z siebie dałam, poznałam się z nowymi biegami, a jak mi dwa razy intensywnie zadrgało kierownicą to zrozumiałam, że ja tu chyba jadę wszystko.

tor Kisielin

I powiem Wam tak – w życiu najbliżej podium byłam, jak nas kiedyś cztery jechały w zawodach motocrossowych, pucharek mam jeden za Mistrzostwa Okręgu Warszawskiego, ale to chyba za frekwencję, a jak na tym podium stałam w Kisielinie… Ja wiem, że żadne tam zawody, że wyścig po marchewkę, że o złote gacie tam wszyscy walczyliśmy i to było dla satysfakcji i zabawy i fajny trening.  Ale już sam fakt, że jadę, Chryste Panie, JADĘ NA MOTOCYKLU, i to nawet niegłupio jadę, ja mam, moi drodzy, czwórkę odwiniętą, a może i piątka była i nie zauważyłam, że mąż mój, taki mój na miarę skrojony, ze mną jedzie w drużynie, W DRUŻYNIE jedzie, bo my się RAZEM ŚCIGAMY no czy Wy rozumiecie powagę tych słów… no lepiej bym sobie swojego życia nie wymyśliła.

piach i puder

Bo wiecie, ja jakieś cztery lata temu o tej porze siedziałam zapłakana, oparta o zdecydowanie przepłaconą YZ85 ze starym łańcuchem, który miał być nowy i za którego wymianę zapłaciłam zdecydowanie za dużo, no bo dlaczego by nie oszukać małej dziewczynki z marzeniami, ja tak siedziałam i się patrzyłam na ten pierdzifon i się zastanawiałam na cholerę mi to wszystko było i wtedy światełka w tunelu nie widziałam żadnego. I cztery lata później stoję na podium, w kombinezonie, co go sobie kupiłam za ślubne, mój motocykl, mój własny, przepiękny, porządny motocykl pod tym podium czeka, a obok mnie trzyma puchar Najlepszy Mężczyzna Świata, którego pewnie byłabym psychofanką, gdybym akurat nie była jego żoną. Ja nie wiem, kto mi tak rozpisał życia scenariusz, ale jeśli mnie teraz czyta – dziękuję. Naprawdę dziękuję, lepiej bym tego nigdy nie wymyśliła.

AAAHHH, i jeszcze na dowód tego jak bardzo wygrałam życie wstawiam zdjęcia, jak się CAŁOWAŁAM Z BUŁĄ:

tor Kisielin

no daj dzioba!

 

tor Kisielin

aaa!

 

tor Kisielin

hihihi

 

Przepraszam, ja wygrałam podwójnie, bo jeszcze MACAŁAM PÓŁNAGIEGO BARYŁĘ:

Ducati red track

ducati red track

No pyszny to był dzień! Do zobaczenia w następnym poście,

M.

piach i puder

2 komentarze

  1. Olo
    • Monika Harwas

Skomentuj