Tor Słomczyn…

Czyli jak wypada supermoto w okolicach Grójca? 

 

Kiedy byłam małym dziewczęciem na wakacje jeździliśmy w odwiedziny do rodziny w Szwecji. Ładowała się cała rodzina do samochodu, ruszało się w trasę Warszawa-Gdynia, w Gdyni montowaliśmy się na prom Stena Line, a stamtąd to już tylko 10 godzin przez morze i witał nas raj.

Jestem dzieckiem późnych lat osiemdziesiątych, ominęły mnie kartki na mięso, peweksy i puste półki, ale moje dzieciństwo przypadło akurat na lata transformacji – czyli źle nie było, ale półki się od lalek Barbie jakoś nie uginały.

No i ja, to dziecko czasu przemian, rocznik 87, stawiałam swoją kilkuletnią stopę na szwedzkiej ziemi, mlekiem i cukierkami anyżowymi płynącej, i wtedy, wtedy właśnie zaczynała się zabawa. Jechaliśmy do CENTRA HANDLOWEGO. I to nie byle jakiego, nie tam Ikea jakaś, czy Real, to było centrum handlowe wypełnione zabawkami. Taki sklep, rozumiecie, co dwie kondygnacje miał, a każda jedna kondygnacja po brzegi wypchana była zabawkami. Rozsuwały się przed małym człowiekiem nowoczesne szklane wrota, a za nimi rozpościerała się kraina nabrzmiała od pluszowych misiów, kucyków pony z tęczowymi ogonami i zalotnie mrugających zza firanki rzęs lalek.

Wyobraźcie sobie, jak się wtedy człowiek czuł. 

A czemu ja Wam to opisuję?

No bo ja się właśnie tak ostatnio czułam na torze w Słomczynie. 

Dochodzenie do siebie po niedawnym pobycie w miejscu, gdzie Natura sobie nie żałowała i z rozmachem szastała wodospadami, fiordami, lasami i reniferami naprawdę nie jest łatwe, ale jak się człowiek po takim szoku znajdzie na torze ze swoim ukochanym mężem i motocyklem (właśnie w tej kolejności) na fajnym torze, to jakoś tak łatwiej.

tor Słomczyn

I stało się tak, że odwiedziliśmy dnia któregoś Autodrom Słomczyn, i zaprawdę powiadam Wam, będzie to mój ulubiony tor na długi czas.

Po pierwsze – rany, jak to blisko od domu. Lecimy sobie S7, nawet Pudelka dobrze przejrzeć nie zdążę a tu już jesteśmy. No piękna sprawa.

Po drugie – NITKA. Raz, że można zmieniać, co jest fajnym urozmaiceniem (aczkolwiek ta ustalona teraz podoba mi się najbardziej, nie zmieniajmy! ;)), a dwa, że oba kierunki jazdy oferują zupełnie inny tor. Jadąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara spotkasz łagodniejsze zakręty i przytrzesz elegancko prawą stronę opony. Jeden jest tam taki wariat zakręt w lewo akurat, z którym walczę jeżeli chodzi o dohamowanie, ale będziesz mój, jeszcze tylko nauczę się subtelniej hamulec puszczać. Z kolei zaczynając od drugiej strony tor staje się bardziej techniczny – trudniej złapać tu porządną linię, bardziej trzeba się namęczyć w poszukiwaniu apeksu, a zakręty trochę jakby przeistaczały się w nawroty. Na początku zdecydowanie nie odpowiadała mi jazda w tę stronę, ale po ostatnim treningu stwierdzam, że jest super. Trochę wyzwanie, ale za to jaka satysfakcja jak już ogarniesz i polubisz zakręty w lewo!

tor Słomczyn

Po trzecie – tęsknię za motocrossowym towarzystwem. Gdybym miała powiedzieć, czego najbardziej brakuje mi po zamianie crossówki na supermoto, to ludzi właśnie. Przyjeżdżało się na miejsówkę, zawsze jakiś znajomy był, trochę gadki, trochę śmiechów, trochę jazdy – idealnie się człowiek odstresowywał po tygodniu pracy. Yamaha sprzedana, motocross poszedł w odstawkę, już na miejscówki nie przyjeżdżam… ale na torach supermoto też jest wybornie! Jednak pasja robi swoje – nieważne, na czym tam sobie jeździsz, czy ci spod kół wypada piach czy iskry, zawsze się dogadamy! Atmosfera. Atmosfera jest tu wyśmienita.

No, lepiej niż jak we wspomnianym sklepie z zabawkami. 

tor Słomczyn

Nic, tylko jeździć trzeba, jeździć jak najwięcej! Czego sobie i Wam życzę, i zmykam na motocykl!

6 komentarzy

  1. Marta
    • Monika Harwas
  2. Justyna
    • Monika Harwas
  3. Justyna
    • Monika Harwas

Skomentuj