4ride Automobilklub Polski CUP…

czyli Hyosung i supermoto.

 

Przód mi się ślizga, tył ucieka, dobra, jednak wolniej sprzęgło, cholera, znowu łokciem o opony zahaczyłam w zakręcie, matkoświęta no nie wyrobię się tam w lewo, co to śmignęło obok?!? Odrzutowiec?? A nie, to Marzena ze Stuszkiem mnie wyprzedzili po zewnętrznej…

To chyba nie był dobry pomysł żeby startować Hyosungiem RT 125 w klasie Street.  

Processed with VSCO with a5 preset

A zaczęło się tak niewinnie.

Wieczór przed zawodami. Pakujemy rzeczy, w końcu mąż pierwszy raz startuje (a nie chce mu się jak cholera, ale już obiecał, wykręcić się nie sposób, trudno, trzeba w deszczu moknąć), ogólne zamieszanie, a gdzie kask, a go pro do ładowania podłączone, a gdzie mi kominiarkę schowałaś, gdzieś pomiędzy gotowaniem makaronu a czyszczeniem szyby dzwoni telefon.

– To może Monika też by wystartowała? – pada w słuchawce.

Patrzymy na siebie porozumiewawczo.

No proste.

Dawaj Hyosunga! Jedziemy na zawody!

Dwie owsianki, jedną kawę i jednego red bulla później stoję przy biurze zawodów, zwarta i gotowa do rejestracji mojego Hyosunga vel Pszemka.

– Zaraz, ale to pani też? – patrzą się na mnie wszyscy z niedowierzaniem.

– No tak, a dlaczego nie?

Pan się uśmiecha pod nosem, ale kwitek daje. Następny przystanek – odbiór techniczny!

No i teraz musicie się skupić, bo tutaj potrzebna jest siła waszej imaginacji.

A widok jest zaiste niecodzienny – prężą się te wszystkie czterystapięćdziesiątki, z tłumików ryk, nie ma to tamto, wszyscy przygotowani, opony się grzeją w kocach, naklejki sponsorów dumnie spozierają z oklein, wszystko jest – namioty, busy, tefałeny turbo, no nie pogadasz. Ustawiają się bestie błyszczące w kolejce do pomiaru głośności, te osiągnięcia motoryzacji spersonalizowane pod zawodnika, jedyne w swoim rodzaju cuda aluminiowe…

Po czym wjeżdżam ja. Cała na czarno. Karionem 125.

No i tutaj już powinnam się zastanowić. 

Ale nie.

Przy radosnym chichotaniu panów sprawdziliśmy, jak głośny jest Pszemek (z wrażenia nie zapamiętałam, ale chyba ósemka z przodu była) i równie radośnie zaproszona zostałam na pierwszy trening.

Lampę  zakleiliśmy, lusterka zdjęliśmy – Pszemek, trudny sprawdzian przed tobą, ale nie po takich trasach już zdzieraliśmy opony!

Pocieszające klepnięcie w plecy i dyskretne „powodzenia” od pana przy wjeździe na tor też powinno mi dać do myślenia.

Ale nie dało.

Processed with VSCO with a6 preset

Wjechałam.

Po jakiś 10 sekundach zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nawierzchni nie zmienili, bo dałabym sobie lusterko obciąć, że wyglądało jak asfalt, a zachowywało się jak lód. Jedno koło ucieka mi przodem, tylne mu raźnie wtóruje, chwiejemy się wszyscy razem jakbyśmy się przed startem porządnie napili, w zakręcie to już w ogóle ataku epilepsji dostajemy…

Zmachali mnie po jednym kółku.

Tablicę rejestracyjną zdjąć trzeba.

Spoko, myślę sobie, podjadę do busa, mąż ma taką magiczną, czerwoną skrzynkę, tam na pewno śrubokrętów asortyment cały, rączki mam, mózg całkiem sprawny, co ja? Tablicy nie odkręcę?

Otwieram skrzyneczkę, a tam… Panie kochany, wybór większy niż w Inglocie na półce z lakierami! Końcówki takie, owakie, mniejsze, większe, średnie, pokrętła… Zerkam dyskretnie czy nikt mnie obserwuje. Dobra, robimy po mojemu. Będzie artystycznie.

Jedną odkręconą tablicę później stawiam się znowu na wjeździe. Dobra, ostatnia szansa i najwyżej pakujemy maszynę z powrotem na pakę.

No i fajnie było. Jasne, przez piętnaście minut walczyłam z motocyklem, asfaltem, zasadami fizyki i swoim przerażeniem (patrzcie, a tak mi brakowało motocrossu!) ale przynajmniej trochę pojeździłam. Większość zgrabnie mnie omijała (dzięki wszystkim!), z jednym panem prawie się spotkaliśmy w zakręcie (przepraszam!), ćwiczyłam sobie delikatniejsze puszczanie sprzęgła (no… jeszcze będę ćwiczyć), jeden zakręt próbowałam przejechać bez ujmowania gazu (ale to mózg jeszcze krzyczy, żeby tak nie robić). Ogólnie – trening mi wystarczył, postanowiłam się dalej nie wygłupiać, ale co pojeździłam, to moje.

zdjęcia: DESIGNO – FOTO

o tu rękawiczki napewno szukałam

 

18121047_1500301693375930_4078685461113437891_o

jeszcze trochę i łokciem o asfalt!

Atmosfera na zawodach w niczym nie odbiega od motocrossowej, czytaj – jest superspoko. Do nauczenia się mam jeszcze sporo, ale to akurat dobrze, będzie co robić w sezonie. Same pozytywy. Jeździć trzeba, jeździć jak najwięcej.

I jaki z tej przygody wniosek?

Ano taki, żeby się w życiu nie krępować. Hyosungiem na supermoto? A czemu by nie? Że poziomem odbiegam? No i co z tego? Ja tam się już nauczyłam, że nie ma co się przejmować. Robić to, co się lubi i czerpać z tego przyjemność – chyba najfajniejsza sprawa ever. Ktoś się będzie śmiał? A niech się śmieje, śmiech to zdrowie! Kąśliwą uwagę usłyszę? A to zapraszam, też się przełam i zrób coś nowego! Jedno jest pewne – nabrałam jeszcze większej chęci do jazdy, jeszcze więcej chcę się dowiedzieć, nauczyć, poznać.

Pełną parą iść!

Dobra, czekam na Wasze relacje z rozpoczętego sezonu, nie mogę się doczekać 🙂 (Panie Olo, Byle do przodu – proszę mnie nie zawieść! ;))

M.

11 komentarzy

  1. Baba z biura ;)
    • Monika Harwas
  2. Justyna
    • Monika Harwas
    • Monika Harwas
    • Monika Harwas
  3. Olo
    • Monika Harwas

Skomentuj