Dlaczego warto żyć po swojemu?

…czyli o tym, że gotowego scenariusza na życie brak.

 

Mama pierwszy raz przyjechała na zawody.

Trochę zestresował ją widok szpaleru karetek na wjeździe, i w pierwszym odruchu zapragnęła odwrócić się na pięcie i uciec do domu, ale dzielnie pomaszerowała dalej. Zawodnicy zaczynali ustawiać się do startu, huk i gwar przy tym panował niemiłosierny, tumany kurzu unosiły się spod kół, w końcu wyścig zaraz miał się zacząć. Zaaferowani motocykliści biegali od biura zawodów do swoich stanowisk, przy swoim boku mając nie mniej zaaferowanych trenerów, rodziców i kolegów, a temu wszystkiemu przygrywał rozemocjonowany komentator. W całym tym szaleństwie, wśród krzyków, warkoczących silników, zapachu benzyny, adrenaliny, wśród kurzu, piachu i kałuż…w środku tego całego zamieszania zgubiła się moja mama. Moja mama, uosobienie klasy, elegancji i dobrych manier, ni z tego ni z owego znalazła się nagle pośród wielkiej, błotnej bitwy, w której zaraz walczyć o życie (a tak naprawdę to o nic, ale dodajmy trochę dramaturgii) miało jej dziecko, i wiecie co, ona się chyba jakoś nie za bardzo tam mogła odnaleźć.

Po chwili podeszła do niej jakaś pani, i widząc pewnie przerażenie i zagubienie w maminych oczach, dziarsko zagadała:

– Ojj widać, pani to pierwszy raz na zawodach z dzieckiem chyba!

-Pierwszy… – z właściwą sobie elegancją odpowiedziała trochę przestraszona mama.

-Spokojnie, przeżyje pani, pierwszy raz to zawsze najgorzej, a potem to już leci, mówię pani! A wydatków ile, jezusmaria, teraz to się zacznie dopiero, lepiej się pani uzbroi! Treningi, kontuzje, wyjazdy, a to opony, a to buty nie takie, szaleństwo! Ale przyzwyczaić się idzie, czego się dla dzieci nie robi. A ile dzieciątko ma lat?

-26.

Hheh.

No tak.

Późno zaczęłam.

Tą krótką anegdotką chciałam wywołać uśmiech na twarzach waszych, wiadomo, ale też rozpocząć dość ciekawe expose na temat życia mojego, bo wiecie co, tak jak się patrzę na te moje dzieje, to ja to

wszystko w życiu robię na opak 

… i jest mi z tym super.

No ale zacznijmy od początku, bo nic nie zapowiadało drzemiącego we mnie rebela, który w wieku 26 lat postanowił pojechać swoje pierwsze w życiu cross-country.

Aż do liceum byłam dzieckiem-wzorem. Same piątki i szóstki, zajęć pozalekcyjnych do pełna, w weekendy dawałam korki z angielskiego, w wakacje pomagałam w rodzinnej firmie, no cud miód orzeszki. Aha, lekarzem chciałam zostać.

Ideał.

W liceum pękła mi bańka. Okazało się, że wcale nie jestem taka super, z biologii mam zagrożenie, chemia i fizyka to w ogóle nie jest moja bajka, a lekcje równie dobrze mogłyby być prowadzone po chińsku, zrozumiałabym pewnie tyle samo, czyli zupełnie nic. Oczywiście w życiu bym się wtedy nie przyznała przed nikim, a co dopiero przed samą sobą, że się do tego najzwyczajniej w świecie nie nadaję i że może wystarczy poszukać gdzieś dalej. Nie. Skończyło się zmianą szkoły na trzy miesiące przed maturą, raczkującą depresją i totalnym przemeblowaniem dotychczasowego planu na życie. Long story short – maturę zdałam zajebiście, dostałam się wszędzie, gdzie składałam papiery, mogłam przebierać w kierunkach studiów. Poszłam na sinologię.

Wiecie, dlaczego?

Bo tam były 34 osoby na miejsce i uznałam że to wystarczająco prestiżowe, zgodnie z moim planem na bycie najzajebistszym, najbardziej poukładanym i osiągającym największe sukcesy człowiekiem świata.

200_s

I co się stało? Ano oczywiście – znowu mi nie wyszło.  Nie dotrwałam nawet do drugiego semestru.

I słuchajcie, wtedy to się dopiero zaczęło moje rebelskie życie – tak w telegraficznym skrócie: pokłóciłam się z całym światem na bardzo długo, ze sobą to już w ogóle na całe lata, popełniłam mnóstwo zabawnie  dorosłych decyzji w stylu ja-się-teraz-utrzymam-z-pracy-za-barem-życie-to-impreza i ogólnie to byłoby całkiem śmiesznie, gdybym nie była akurat wtedy najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem świata, i to w dodatku jeszcze na niego obrażonym.

Lata mijały, koleżanki kończyły studia, dostawały się do pierwszych prac, każdy dorosły powiedziałby, że „układały sobie życie”.

No to ja akurat wtedy byłam dość daleko od układania sobie czegokolwiek, bo owszem, szkołę charakteryzacji w końcu skończyłam, owszem, cośtam działałam w zawodzie, ale przede wszystkim to ja wtedy miałam 25 lat i właśnie kupiłam sobie swój pierwszy motocykl i ojezusmaria jaki się nowy wszechświat dla mnie wtedy otworzył to nie macie pojęcia.

I kiedy już by się w końcu wydawało, po latach paru, że sobie „ułożyłam” – stała praca w szkole makijażu, kochający narzeczony u boku, ciche i miłe gniazdko… Ja postanowiłam znowu machnąć sobie życiowe 180 stopni, zostawiłam ciepłą posadkę i wróciłam na przerwane dużo wcześniej studia, bo stwierdziłam, że dorosłam już na tyle, żeby porządnie nauczyć się hiszpańskiego.

A dlaczego ja Wam to wszystko opisuję? 

Bo wiecie co, ja zaraz będę miała 3 dychy na karku i właśnie z pełną mocą do mnie dotarło, że nie istnieje gotowy scenariusz na życie. Nie ma go. A ja przez większość swojego próbowałam się w ten wymyślony, wyidealizowany, „normalny” plan wcisnąć. I nijak do niego nie pasowałam.

W życiu trzeba dać sobie na wszystko czas. Na bunt, na zdezorientowanie, na poszukiwania, na błędy, na złapanie dystansu. Bez sensu jest walczyć z wiatrakami, próbować się na siłę wcisnąć w jakieś ramy. Łał, tyle lat potrzebowałam, żeby to zrozumieć.

Ostatnio przeczytałam, że życie najlepiej jest porównać do tańca. Nie walczysz z rytmem, tylko się mu poddajesz i idziecie sobie razem. Czasem go w ogóle nie słyszysz, ale nie martw się, im jesteśmy starsi tym lepiej nam się kołysze w jego takt.

Mam prawie 30 lat. Mój stereotypowy równieśnik 6 lat temu skończył studia, ma stałą pracę, stabilną sytuację, trzypokojowe mieszkanie i pewnie myśli o dzieciach. Ja studiuję z ludźmi, których jeszcze nie było na świecie jak oglądałam dobranocki, zarabiam niewiele, bo większość zleceń odrzucam ze względu na zajęcia w szkole, w wakacje pomagam mamie w knajpie, zaczęłam jeździć na motocyklu w wieku, w którym już się raczej o motocrossie nie myśli, ba, na Mistrzostwa Polski nawet w tym całym swoim szaleństwie pojechałam, cały czas uczę się nowych rzeczy, rozwijam się i szukam, piszę o tym wszystkim bloga i nigdy nie byłam szczęśliwsza.

Tańczę.

Piszę sobie powoli swój własny scenariusz i pełno w nim pomyłek i potknięć, ale też całe mnóstwo jest fantastycznych przygód i historii takich, że aż trudno uwierzyć. Nie wiem, co będzie jutro – tego nikt nie wie, i postanowiłam z tą świadomością żyć i robić swoje.

I tak sobie myślę… Wiesz co? Nie próbuj się na siłę dopasować. Nie ma jednego pomysłu na życie. Nie każdy musi iść najbardziej popularną ścieżką. Wystarczy, że pójdziesz swoją. Gdzieś tam głęboko w środku sam czujesz, w którą stronę powinieneś iść.

Na przykład taka Browar.

Browar postanowiła zostać kotem.

No i kto jej zabroni??

Widzimy się niedługo 🙂

M.

8 komentarzy

  1. Justyna
    • Monika Harwas
  2. Olo
    • Monika Harwas
  3. Aga
    • Monika Harwas
    • Monika Harwas

Skomentuj