Jak pozbyć się trądziku?

…Czyli moje metody na zwalczenie problemów ze skórą. 

 

Długo się zastanawiałam, czy w ogóle o tym pisać i to publikować, bo od jakiegoś czasu mam lekką awersję do upubliczniania różnych rzeczy ze swojego życia, no ale z drugiej strony leży temat, ja wiem, że sprawę mam ogarniętą, no to w sumie czemu by się nie podzielić. Może komuś się przyda, tym bardziej, że ja sama parę lat temu chętnie bym coś takiego przeczytała – zaoszczędziłabym wtedy pewnie czas, pieniądze i trochę wątroby.

Dobra, żeby nie owijać w bawełnę.

Dzisiaj będzie o pryszczach. 

Już tłumaczę, dlaczego, i dlaczego akurat tak.

Kiedy parę dni temu wpadłam na spontaniczny pomysł, żeby zrobić makijażowy tutorial live na Facebooku, spodziewałam się max 5 – 10 zainteresowanych osób, które będą to oglądać. Po cichu liczyłam na doping koleżanek, ale tak naprawdę to od rana szykowałam się psychicznie na turbokompromitację w stylu zrobiłam imprezę urodzinową z balonikami, serpentynami i tortem czekoladowym i guess what, nikt nie przyszedł. Dobra, myślałam sobie, w razie czego pogadam chwilę sama ze sobą i za dwadzieścia lat na pewno będę się z tego śmiać, jak już przerobię ten temat z poradnikami o życiu. No i kurcze, słuchajcie, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, i jeszcze większej radości – przyszli do mnie ludzie, na ten live stream makijażowy, oni tam przyszli! Były komentarze, było zainteresowanie, były lajki – no super sprawa, uśmiech miałam od ucha do ucha, czysta radocha, że się komuś chciało odpalić fejsbuka, a jeszcze potem mówili, że się przydało. Wyskoczyło mi 20 tysięcy zasięgu. Czyli, tak mówiąc kolokwialnie, kliknęło. Okazuje się, że taki tutorial live to jest przydatna rzecz, i warto takie coś czynić.

No to zaczęłam myśleć, co to z tym stanem rzeczy zrobić, i jak to zrobić, żeby to było zrobione porządnie.

A żeby to zrobić porządnie, to trzeba zacząć od początku.

A na początku jest skóra. 

Moje podejście do wykonywanego zawodu jest holistyczne – w zdrowym ciele i tak dalej. I to chciałabym przekazać tutaj, na blogu i tam, na Facebooku – jesteśmy połączonym ze sobą w superwymyślny sposób zespołem organów. Jak jeden zafałszuje, to cała reszta też leci kiepskim playbackiem. Dlatego, zanim zaczniemy się pacykować, matowić, konturować i rozświetlać – ważne jest, żebyśmy zrozumieli. co tam się u nas w środku dzieje.

Zadbana, piękna skóra jest nie tylko gwarancją świetnego makijażu, ale i samopoczucia. Skóra jest, kurcze, najważniejsza i to jest absolutny początek zabawy z make up’em, ale i z samozadowoleniem w ogóle. Doskonale wiem, o czym mówię, bo jeszcze parę lat temu wyglądałam tak:

dsc_0027_fotor

Przy czym to, co widzicie na zdjęciu, to jest wersja już zaleczona. Miałam kompleksy jak stąd do Cedyni. Co zwalczyłam jedną niespodziankę, to pojawiała się druga, i co gorsza, przyprowadzała koleżankę. Po takich niespodziankach zostawały blizny, robiły się stany zapalne, no rozpacz straszna.  Według metryki coraz dalej mi było do nastolatki, ale moja twarz zdawała się nie przyjmować tego do wiadomości. Zaczynałam wtedy pracować jako wizażystka, więc wyobraźcie sobie, jak podskakiwał mi level wstydu, kiedy kogoś malowałam. Wiecie, jak to jest, ludzie oceniają po wyglądzie. Byłam panią od mejkapu, ale moja twarz bardziej niż specjalistę w swojej dziedzinie przypominała wczesną wiosnę. Wszystko, kurcze, kwitło. Co więc robiłam? Nakładałam na twarz jeszcze więcej korektora, jeszcze więcej matującego pudru i kupowałam kolejny wysuszający krem.

Tak. Bardzo. Źle.

Trochę to trwało, zanim dotarłam do stanu aktualnego:

img_2163_fotor

(zdjęcie bez żadnego filtra, ulepszacza, czy czego tam. Na twarzy mam krem BB, puder mineralny i bronzer. Bardzo podoba mi się ręcznik w tle :D)

Szczerze? Zaraz strzeli mi trzydziestka, a ja nigdy nie miałam lepszej cery. Cośtam czasem jeszcze mnie zaskoczy na mojej twarzy, ale ogólnie – I love it! Jest super! I wszystko dlatego, że w końcu  zrozumiałam swoja skórę i zaczęłam ją pielęgnować, zamiast z nią walczyć. Eureka!

I teraz tak: opiszę Wam po kolei, co i jak się wydarzyło, że trądzik zaczął znikać, bo tak sobie myślę, że jakbym była dużo młodsza, to chciałabym właśnie takie porady przeczytać.

Oczywiście droga była długa i wyboista, nie obyło się bez antybiotyków (doustnie i w postaci kremów, ale jak się nazywały te tabletki, nie pamiętam zupełnie. Maści, które miałam przepisywane to Izotrexin, Skinoren i Effaclar Duo na dzień. Okropnie przesuszały, w szczególności Izotrexin, dlatego musiałam się ratować bardzo mocno nawilżającymi kremami. Skinoren i Effaclar Duo można kupić bez recepty). Oprócz tego, regularnie: peelingi kwasowe w salonie kosmetycznym i mikrodermabrazja z oczyszczaniem. Mnóstwo wydanej kasy i poświęconego czasu, za to efekt bardzo zadowalający. Po zaleczeniu trądziku, zaczęłam baczniej przyglądać się swojej skórze i swojemu organizmowi.

Wydaje mi się, że mogłam tego wszystkiego uniknąć, albo chociaż złagodzić objawy, gdybym wcześniej wiedziała jak pielęgnować swoją skórę, i co jest dla niej dobre.

Trądzik najczęściej jest genetyczny. Niektórzy mają po prostu takie inklinacje, i kropka. Jest też wiele więcej przyczyn jego powstawania, chociażby zaburzenia hormonalne, ale zasada brzmi: im prędzej zabierzesz się do roboty i zaczniesz dbać o cerę, tym lepiej. To zadziała tylko i wyłącznie na Twoją korzyść i pozwoli uniknąć naprawdę wielu skórnych katastrof.

Moja cera ZNACZNIE się poprawiła, kiedy:

1.Rzuciłam palenie. No tu chyba oczywista oczywistość. Ojjj jak ja lubiłam papieroski kiedyś – wstawałam rano, papierosek, do kawy -wiadomo, papierosek, oczywiście papieroski najlepiej smakują też po obiedzie, a wieczorem to już w ogóle, wieczór bez papierosków przecież nie istnieje! Odkąd nie palę (oprócz tych kilku, co wypaliłam nietrzeźwa w 2016 i żadnego nie żałuję, to jest żałowałam każdego następnego ranka, ale do wina były pyszne) moja skóra jest mi turbowdzięczna, ma spoko kolor, a pory jakby się pochowały, ale to jest chyba rezultat kilku akcji pielęgnacyjnych, które prowadzę równocześnie z niepaleniem.

2.Zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem i pić dużo wody. Tu by się trzeba było chyba Chodakowskiej zapytać, albo jakiegoś eksperta od odżywiania, w każdym razie moje wnioski są takie: jak piję dużo wody to mam mniej zmarszczek, jak piję mało, to mam więcej. Jak jem cukier i białą mąkę to robi mi się kuku na buzi, jak nie jem to mi się raczej nie robi, no chyba, że jakoś wyjątkowo złośliwie, bo w sumie to nigdy nie wiesz, co tam gruczoły akurat wymyślą.

3.Oszalałam na punkcie nawilżania. Byłam kiedyś przekonana, że mam tłustą skórę. Co chwilę wyciągałam z kosmetyczki puder i matowiłam twarz, bo miałam wrażenie, że cały czas się świecę. Krem? Tylko matujący! Podkład? Oczywiście tak samo! Puder? Dużo i mat! W rezultacie moja twarz świeciła się jeszcze bardziej, a gruczoły produkowały jeszcze więcej sebum, co oczywiście pojawiało się w końcu na powierzchni w postaci nowych „przyjaciół”. No i tu się z moja skórą nie zrozumiałyśmy zupełnie, bo jej się po prostu chciało pić, a ja regularnie fundowałam jej wysuszanie. Teraz to co innego – lekki krem nawilżający na codzień, mocniejszy na noc, kilka razy w tygodniu nawilżająca ampułka i maseczki do pełna, kiedy tylko mam czas. Kokodżambo i do przodu! (no musiałam)

4.Nauczyłam sie prawidłowego demakijażu. I to zmieniło WSZYSTKO. O demakijażu zrobię oddzielny wpis, bo to jest turboważna sprawa. Mój codzienny, wieczorny rytuał to teraz około 5-6 kroków. Olejek, emulsja do mycia twarzy, peeling 1 albo 2 razy w tygodniu, tonik albo płyn micelarny, ampułka (albo maść Skinoren raz na jakiś czas) plus krem. Brzmi strasznie, wiem. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie zajmuje to nie wiadomo ile czasu, a wręcz powiedziałabym, że go oszczędza, bo nie spędzam już kilku minut trąc rzęsy, żeby usunąć z nich resztki tuszu. Olejek i cała reszta robią to za mnie. No i stało się to superprzyjemnym rytuałem. Polecam książkę „Sekrety urody Koreanek”, to stamtąd zaczerpnęłam dużo pomysłów, chociaż już wcześniej przykładałam do oczyszczania skóry dużą wagę.

5.Nauczyłam sie regularnie chodzić do kosmetyczki. Ok, przyznaję się bez bicia – odkąd robię porządny demakijaż nie mam już potrzeby częstego biegania na oczyszczanie (hajs w kieszeni, oł je!), ale w miarę regularne wizyty w salonie dały mi naprawdę dużo. Kiedyś musiałam umawiać się co miesiąc, i nie było przeproś, po prostu byłam w trakcie leczenia trądziku. Teraz umawiam się raz na dwa, trzy miesiące, a czasem dłużej, zależy, w jakim stanie jest akurat moja twarz, i czy jestem przed ślubem (ha ha ha).

I jeszcze taki wnioseczek mały na koniec: malując kobiety często mam wrażenie, że próbują walczyć ze swoją cerą: u mnie to trzeba pozakrywać, tu to może pani jakiś mocny kosmetyk, to mam okropne, tamto schowajmy itd. Kurcze, a to zupełnie nie tędy droga. Spróbujcie poprzygladać się swojej cerze, przeanalizować jej problemy, zaopiekować się nią – będę się starała podpowiadać tutaj i na Facebooku dużo fajnych rzeczy – o pielęgnacji i nie tylko. I zobaczycie, po pewnym czasie wyrzucicie wszystkie kryjące podkłady w kąt, sama jestem tego najlepszym przykładem!

No to czekam na Wasze historie, może macie jakieś ciekawe spostrzeżenia, uwagi, swoje sposoby?

Do zobaczenia w następnym poście!

M.

14 komentarzy

  1. Karla
    • Monika Harwas
  2. Ania
    • Monika Harwas
      • Ania
        • Monika Harwas
  3. Daria
    • Monika Harwas
  4. Marlena
    • Monika Harwas
  5. Pati
    • Monika Harwas
  6. Joluś
    • Monika Harwas

Skomentuj