Ahhh, co to była za noc…

Czyli 3 najciekawsze sylwestrowe imprezy w życiu mojem.

 

Z tymi Sylwestrami to mówią, że niby impreza jak każda inna, a jednak w internecie szał, w sklepach wyprzedaże, i nagle wszyscy radzą jak schudnąć, żeby się zmieścić w jakieś kiecki, jak się pomalować i uczesać, czyli chyba jednak wcale nie taka znowu olewka.

Przewertowałam więc w głowie, co tam się wydarzyło przez te kilkanaście lat ostatnich, co to ogarniam, że Sylwester, i powstał wpisik żartobliwy, bardzo proszę zapraszam, niechaj Wam lektura miłą będzie, poczytajcie sobie chudnąc na imprezę/malując paznokcie/siedząc z maseczką na twarzy/po prostu sobie poczytajcie.

Z takich najciekawszych sylwestrowych imprez, to mi się przypomniał:

1.Sylwester z duchami.

Sylwestry za dzieciaka to dopiero były imprezy. Co to były za czasy! Brało się pod pachę Piccolo, mama pozwalała na nocowanie u koleżanki, do torby ładowało się pidżamę, naklejkowe tatuaże i stos Bravo Girl, i dawaj na imprezę! Kulminacyjny moment to było oczywiście oglądanie horrorów, oczywiście ku mojej bezgranicznej rozpaczy, gdyż wiedzieć musicie, że ja do horrorów to jestem bardzo nietegez, i odkąd obejrzałam „The ring” przez palce, to nie odebrałam już żadnego telefonu stacjonarnego i zimny dreszcz mnie przeszywa za każdym razem, kiedy wychodzę niewyraźnie na zdjęciu. Oprócz strasznych filmów, na fali były też rozmowy o strasznych rzeczach, to jest: tamta widziała ducha, a ta się porozumiewa z kosmitami, a tak w ogóle to słyszałam taką jedną historię… oczywiście w tym momencie wnętrzności zwijały mi się w turbosupeł, pot skrapiał czoło, drgająca szczęka przygrywała temu wszystkiemu muzyczny motyw z omena, a ja twardo udawałam, że dam radę wysłuchać opowieści do końca. Jeej! Mimo ewidentnej traumy, wracam czasem myślami do tamtych czasów, a bywa, że i z rozrzewnieniem je wspominam. Tyle lat minęło… Od tamtej pory wszystkie dorosłyśmy, ustatkowałyśmy się, a niektóre z nas już nawet noszą staniki. Jedno się nie zmieniło – wciąż znam wszystkie układy taneczne Spice Girls…

2.Sylwester opłakując Bambiego.

Znacie ten sielankowy obrazek – drewniana chatka otoczona ośnieżonymi górami, w środku kominek i cała wasza paczka znajomych, wszyscy piękni, wyposażeni w zestaw olśniewająco białych zębów, w stylowych sweterkach we wzorki, radośnie świętujący nadejście nowego roku? Tak, my też oglądaliśmy ten katalog Ikei i też uznaliśmy, że to będzie supersprawa i w ogóle Beverly Hills 2010, i wobec tego wynajęliśmy domek, co prawda nie w Aspen, ale w Tatrzańskiej Łomnicy, i co prawda kremowe fondue zastąpiliśmy smażony syrem, ale zabawa była przednia, czego dowodem może być to zdjęcie:

1931366_1070880138070_8286_n

Jeżeli chodzi o standardy aspenowskie to powiedziałabym, że nasz domek ewidentnie nie doczytał instrukcji, dość stwierdzić, że wszelkie wątpliwości, kto akurat bierze prysznic rozwiązywała dziura w ścianie rozmiarów pięści. Kulminacyjnym natomiast punktem wyjazdu była kolacja sylwestrowa, to jest, przepraszam, dancing, i my jakoś tak zgodnie wszyscy uznaliśmy że na dancing to najlepsze będą dresowe bluzy z kapturem, i teraz z perspektywy czasu już rozumiem, dlaczego większość uczestników zabawy zerkała na nas z lekkim przestrachem. W każdym bądź razie jest potańcówka, jesteśmy my, są bluzy z kapturem, na stół wjeżdżają przysmaki, my łapczywie (wiadomo, rośniemy) rzucamy się na zawartość talerzy, uszy nam się trzęsą, gwarno nam i wesoło, po czym kolega nagle blednie, widelec mu na stół upada, w oczach przerażenie miesza mu się z niedowierzaniem, po czym dramatycznym tonem oznajmia:

-Jezu, przecież my jemy Bambiego.

No i kurtyna.

3.Sylwester z literką K.

Ze wszystkich imprez świata, to ja najbardziej lubię te przebierane. Lubię je do tego stopnia, że się nawet przebrałam na własny ślub, i Wy teraz pewnie myślicie, że haha, że ja się niby za Pannę Młodą przebrałam, a tu ha, nieprawda, ja się na swoim osobistym weselu przebrałam za astronautę:

img_0971-2

Z takich radosnych kostiumów, to jeszcze kiedyś się trzeba było przebrać za coś na „S”, i nie powiem, kilka dni się wahałam pomiędzy sałatą a skupem palet, ale ostatecznie wygrało solarium.

No więc przebrania.

Był taki jeden Sylwester, co to wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy już na tyle starzy, że imprezy kostiumowe przestały być żenujące i już są całkiem śmieszne, i postanowiliśmy, że w owym roku sponsorem zabawy będzie literka „K”. Tutaj pole do popisu naprawdę było spore – w końcu rzadko zdarzają się imprezy, że pijesz z kalkulatorem, do tańca zaprasza się kac, a w kącie prosecco ze szklanki żłopie katechetka. Piękna sprawa. Pamiętam, że przed wspomnianą imprezą napomnknęłam coś mamie, że Sylwester, że przebierany, i że na „K”, na co moja mama, exemplum elegancji, dobrego wychowania i jeszcze lepszego gustu, z lekko wyczuwalną nutką nadziei w głosie słodko zapytała:

-I kim będziesz, księżniczką?

Ehhh. Kurcze.

10856672_507614872714026_6405946042846503038_o

 

2 komentarze

  1. Olo
    • Monika Harwas

Skomentuj