Tiule, koronki i welon, czyli…

…O sukni ślubnej anegdot parę.

 

– Eeee, nie.

-Jak w nocnej koszuli.

-W tej spódnicy mogłabym schować Pana Młodego.

-Ta też nie.

-Jezu, jak się w tym chodzi???

-O, no teraz to dałam, w tej syrenie mogłabym być twarzą ruchu pro-ana.

-Ta jest za bardzo z krainy elfów.

-A ta z Dynastii.

-To jeszcze w ogóle szyją kiecki na kole?

Stoję przed lustrem, na wieszakach dookoła mnie pysznią się piękne kreacje. Muśliny, jedwabie, tiule, koronki… wszystko piękne, błyszczące… Tylko która będzie moja???

Jeżeli ktoś Wam kiedyś powiedział, że wybór sukni ślubnej to sama przyjemność, rozkosz i w ogóle spadające z nieba różowe pianki marshmallow, to wiecie co?

To on na bank żartował.

Nie mówię, że to jakiś koszmar, o nie nie! Owszem, jest wzruszająco, są wspólne chwile z mamą, przyjaciółkami, wymiany porozumiewawczych spojrzeń z panią krawcową, jest radość ogromna i gdzieś tam w tyle głowy Marsz Mendelsona. Jest całkiem pięknie, naprawdę.

Ale pięknie nie znaczy, że trochę też jest strasznie.

A właściwie to strasznie śmiesznie.

No ale od początku.

Okropne krępują mnie te wszystkie ekskluzywne salony z sukniami. Takie, gdzie twój francuski jest niewystarczająco biegły, twój samochód nie dość wypasiony, twoja torebka zdecydowanie za mało firmowa, imprezy na które chodzisz w ogóle niemodne, znajomi nie dość celebryccy, a tak w ogóle to na pewno zaraz się zorientują że wcale nie masz złotej karty w Premium Holmes Place, tylko jeździsz tramwajem do Calypso, a z Ekskluzywnym Menelem najbardziej łączy cię słowo menel. No chyba, że ekskluzywnie wyglądasz w szarym, poplamionym pomidorówką dresie no to wtedy sorry, to faktycznie palnęłam. Takie miejsca, gdzie masz wrażenie, że jakbyś zauważyła, że na przykład odprysła ci hybryda z paznokcia, to powinnaś wtedy dyskretnie wyjść do łazienki, wyjąć ze swojej na przykład ponadczasowej, kraciastej Louis Vuitton takiego na przykład eleganckiego Walthera PPK i dla przykładu, honorowo strzelić se w łeb.

No to więc w takich miejscach to ja nie bardzo.

Na szczęście salon miałam już wcześniej upatrzony, więc udało mi się ograniczyć eleganckie wypady do minimum, a tak naprawdę to weszłam, przymierzyłam, wybrałam i wyszłam.

Czyli idealnie.

Oczywiście musiałam się wcześniej skonfrontować ze swoimi wyobrażeniami o sobie i swojej wymarzonej sukience, co w gruncie rzeczy przypomniało mi trochę, jak kiedyś dostałam na wuefie piłką od siatki w twarz i wtedy, pamiętam,  też byłam strasznie zdziwiona. Okazuje się, że wcale nie mam pupy Jennifer Lopez, talii Gisele Bundchen i biustu Kim Kardashian, a długa, obcisła syrena z luźną tiulową spódnicą, wydłużonym tyłem, ale takim do kostek, dekoltem na plecach i z przodu, ale takim i dużym i małym, błyszcząco-matowa z koronkami i cekinami, ale gładka i prosta i minimalistyczna, to jednak nie da rady, żeby to była jedna sukienka.

Kurcze, szkoda.

Ale wybrałam, wybrałam! Była taka jedna, popatrzyłam, przymierzyłam… BUM. Będziesz moja, biała królowo tiulowych mgiełek!

Pani krawcowa z salonu, zupełnie jak tamta przed studniówką, obiecała mi że cycuszki doszyjemy, co wtedy może faktycznie było dość krępujące, ale teraz okazało się fantastycznym i wygodnym rozwiązaniem, bo do dziś pamiętam, jak kiedyś w przypływie modnych emocji na imprezę firmową zakupiłam sobie przyklejany na specjalny klej stanik, który to później dzielnie dzierżył w kieszeni swoich spodni mój jeszcze-wtedy-narzeczony, co rusz powtarzając mi, że strasznie mu dziwnie chodzić z moimi cyckami, a to wszystko było dlatego, że się cholerstwo odkleiło i szlag ten cały modny klej trafił.

Czyli, że doszyjemy.

No i świetnie.

Oczywiście, wybór sukienki to nie wszystko. Później są jeszcze przygody.

Do najważniejszych przygód mogę zaliczyć:

  • reakcję mojego taty (który jest super i kochany i najlepszy, no ale jakoś tak się złożyło, że jest mężczyzną i nie dostrzega piękna ukrytego pośród klamr, zszywek, igieł, zaznaczników, agrafek i warstw tiulu), który na widok swojej najstarszej, za mąż wydawanej córki, w wybranej przezeń wymarzonej sukni ślubnej, podczas przymiarki numer dwa, wydał z siebie ten oto komunikat:

-Aaa… to już to jest to… tak?

  • nieprzespane noce spowodowane targającymi mną wątpliwościami: czy to na pewno ta, czy jednak na sto procent nie da się połączyć księżniczki z syrenką, dlaczego nie mam cycków, czy te koronki na środku to mają być bardziej na środku czy jednak tak bardziej na lewo albo na prawo, czy ta jedna koronka, która tak wystaje, to czy ona ma tak wystawać czy ma nie wystawać, czy długość spódnicy to ma być taka, czy to ma być jednak dłuższa, po co mi w ogóle welon, skąd to się wzięło, że trzeba welon, o co chodzi z welonem, o czym ja w ogóle, do cholery, rozmyślam.
  • aferę z tiulem.

O, to ciekawe, to Wam opowiem całe.

Tło wydarzeń – jesteśmy po ostatniej przymiarce. Jest super – łza się w oku kręci, zachwycone spojrzenia same, kieca idealna, lepiej bym tego nie wymyśliła. Koronki, tiule, długość – wszystko super. Jesteśmy piękne. Sukienka i ja. Przy czym połączenie mnie i sukienki to już w ogóle klękajcie narody. Płacimy, odbieramy, wieziemy to cudo do domu. Trochę się wszyscy stresujemy, chwilę nam zajmuje logistyka, jak tyle tiulu zmieścić na tylnym siedzeniu, jak to tak ułożyć, żeby to wszystko było na gładziutko, no ale że inteligentni ludzie jesteśmy, to jakoś poszło. Mija kilka dni, jadę do domu mego rodzinnego w odwiedziny, wchodzę, patrzę – wisi. Wisi, błyszczy, zachwyca, myślę – a! przymierzę. Wbijam się w to ślubne dzieło sztuki, siostra weź zapnij, siostra zapina, podnosimy obie głowy, przeczuwając nadchodzący wybuch zachwytu…

-Ożesz kurde.

No jest kiecka. Ja w kiecce jestem też. Tyle, że na kiecce wisiał welon. Taki duży, długi, mięsisty. I to, co było pięknym, delikatnym tiulem przy dekolcie, jest teraz rozciągniętą, pogniecioną w geometryczne wzory masą o bliżej niezidentyfikowanym kształcie. Gdybym miała opisać to jednym słowem, to akurat jedno idealnie mi pasuje – TRAGEDIA.

Ja na tragedię reaguję w jedyny, słuszny i mi osobiście przypisany sposób – płaczem i paniką.

Na szczęście salon porządny, pani Moniko, proszę nie płakać, pani weźmie suknię i przyjedzie, naprawimy. Faktycznie, dwa dni później jesteśmy tam z powiernikiem moich histerii w postaci mamy, panie patrzą, okiem szacują zniszczenia, znikają za kotarą w Suknią Moich Marzeń, by po 10 minutach wrócić z uśmiechem zwycięstwa na ustach. Rozprasowało się. Ślub się odbędzie!

Wracamy do domu, uspokojone, z mocnym postanowieniem Nie Tykania Tej Sukienki Nawet Jednym Palcem Pod Żadnym Kurde Pozorem. Rozkładam uważnie i delikatnie materiał na prześcieradle, rozprasowuję dłońmi szeleszczący tiul, tak, żeby nie powstało żadne zagniecenie, z czcią należytą układam koronki…

-Mamooooo…

-Co znowu??

-Uwaliłam spódnicę podkładem.

Więcej przygód nie pamiętam teraz akurat, ale zapewniam Was, że dzisiaj jak to piszę a potem czytam, a potem jeszcze dopisuję i znowu czytam to stwierdzam, że ojejku no jak śmiesznie było i czemu ja tak płaczem na to wszystko, to ja nie wiem.

To ja jeszcze na koniec mam poradę dla każdej Przyszłej Panny Młodej.

Kochana!

Jak już przyjdzie ten dzień, ten długo wyczekiwany, okupiony stresem, fochami ciotek, kłótniami o to gdzie kto siedzi, odwoływaniem wszystkiego i znowu zwoływaniem bo jednak żartowałam, jak już wyślesz wszystkie zaproszenia, jak już goście Ci potwierdzą przyjazd, a potem jednak zrezygnują a potem potwierdzą bo też żartowali, jak już dobierzesz kolor winietek pod kolor bukietu, jak już umówisz się do fryzjera, kosmetyczki, manikiurzystki i makijażystki, jak już zrobisz sobie mikrodermabrazję, opalanie natryskowe i hybrydę, jak już kupisz buty, podwiązki, pogodzisz się wewnętrznie z welonem, pozałatwiasz sprawy w urzędzie, wybierzmujesz się i wyspowiadasz, jak już przymierzysz i wybierzesz obrączki, jak już wszystko, wszystko, wszystko, ale to naprawdę wszystko ustalisz, potwierdzisz i ogarniesz…

To wtedy to już będzie Twój najfajniejszy dzień w życiu.

Serio.

Będziesz siedziała sobie z szampanem w kieliszku, będziesz się szykowała, wokół Ciebie będą Twoje najukochańsze osoby, wszyscy będą się cieszyć i uśmiechać i naprawdę nie będzie Cię już obchodziło że pod kopułą tych szerokich uśmiechów kryje się panika, że z bukietu się sypie a wina chyba jednak za mało. Ty już będziesz w swojej bajce.

A w kościele będziesz się patrzyła na tego swojego, wybranego, idealnego, tego najlepszego na świecie, i on Ci akurat będzie mówił, że on Ciebie aż do śmierci i tak mu dopomóż wszyscy, i Ty wtedy na chwile stracisz kontakt z bazą i trochę Ci będzie gorąco a trochę zimno, ale tak naprawdę to będzie Ci najlepiej i po co komu narkotyki, jak się można ohajtać i taki masz lot, że świat nie widział, i potem jak będziecie wychodzić, pod rękę, już razem, już tak na zawsze razem, i wszyscy eksplodują z radości, to wtedy…

To wtedy na pewno…

Na sto procent wtedy…

Wtedy właśnie…

Wtedy właśnie nadepniesz se na welon.

14075175_10207861251472788_138111140_o

I jeszcze krótka opowieść o niewygodniej sukience w odcinkach:

Odcinek 1

DSC_0907

Odcinek 2

DSC_0909

Odcinek 3

DSC_0910

Tutaj też niewygodnie:

DSC_0917

I tutaj:

DSC_0918

Dobra, nieważne!

DSC_0919

No jak tu na to nie nadepnąć, to ja nie wiem:

IMGP0710

 

 

11 komentarzy

  1. Kasia
    • Monika Harwas
  2. Daria
    • Monika Harwas
  3. K.
    • Monika Harwas
  4. Mama Ewa
    • Monika Harwas
  5. Mama Ewa
  6. ela
    • Monika Harwas

Skomentuj