Trochę mnie brzydzi internet.

Zrobiłam ostatnio taki mały test… 

 

-A co, gdyby tak spróbować żyć bez Fejsbuka? – pomyślałam jakiś czas temu – bez zerkania co chwilę, ile jest lajków, bez zamartwiania się, że już 11, dobra godzina na posta, a ja jeszcze nic nie wrzuciłam? Bez filtrów, bez szerów, bez tej całej otoczki?

A co, gdyby tak spróbować to rozegrać po swojemu?

Prowadzenie bloga nie jest prostą sprawą. Musisz łączyć w sobie kilka umiejętności i zawodów – pisarza, modela, dekoratora, scenografa, informatyka i PR managera, nie mówiąc już o specjaliście od social media. Wszystkie te profesje zebrane w jednym człowieku tworzą takie coś, co nazywa się bloger. Ponadto bloger powinien charakteryzować się niezachwianą pewnością siebie, mieć zawsze własne zdanie i sporą potrzebę ekshibicjonizmu.

Czyli wszystko to, czego nie mam i czym nie jestem. 

Czy zniechęciło mnie to do założenia własnej strony?

Absolutnie nie. 

Moje założenie jest proste – mam za sobą dość ciekawą historię, umiem malować ludzi, lubię jeździć na motocyklu i lubię pisać. Postanowiłam to wszystko zebrać do witryny internetowej i ją sobie prowadzić. No i fajnie. Czyta mnie garść super ludzi, mam miłe komentarze, jest wesoło i przyjemnie, pojawiły się nawet pierwsze oferty współpracy, co już w ogóle jest wspaniałą sprawą. Nie ma co narzekać. Nic, tylko działać dalej, rozwijać markę.

No właśnie.

Tylko, że to wcale tak nie działa. 

A wiecie, jak to działa?

To działa tak, że po pewnym czasie wkręcasz się w spiralę lajków, szerów i followersów i przestajesz myśleć racjonalnie. Zaczynasz myśleć lajkami. Zdjęcie musi być na jasnym tle, bo więcej lajków. Musi być mocny kontrast, bo więcej lajków. Musi być selfie, bo lajki. Musi być o określonej porze. Musi być codziennie. Jak tekst, to najlepiej kontrowersyjny. Jak tytuł, to przyciągający. Jak artykuł, to ze zdjęciem. Najlepiej dużo zdjęć. I lajki.

I nagle łapię się na tym, że odświeżam facebooka co 10 minut, bo właśnie wstawiłam swoje zdjęcie w stroju kąpielowym i i teraz to zasięgi mi na pewno poszybują w kosmos.

Wait.

What???

Że co ja robię?!?

I tym sposobem dałam się wkręcić. Patrzyłam na to nieszczęsne zdjęcie w stroju kąpielowym i wcale nie byłam z siebie zadowolona. Owszem, zasięg skoczył do 20 tysięcy, lajki się posypały, ale razem z nimiwcale nie przyszło poczucie dumy i dobrze spełnionego zadania. Przyszło raczej zażenowanie.

Bo internet bywa trochę żenujący.   

W internecie oszukujemy i chcemy być oszukiwani. Oglądamy wyprasowane zdjęcia dziewczyn w bikini, gdzie wykontrastowane niebo jest bardziej niż niebieskie, woda bardziej niż turkusowa a tyłek bardziej niż gładki. Sami to klikamy, mimo, że gdzieś w podświadomości wiemy, że to nieprawda. Fikamy na plaży w nieskończoność, żeby mieć takie ładne w podskoku, prawie się topimy próbując odrzucić włosy na syrenkę, wyginamy pupy w dziwne esy floresy, wcale nie przeżywamy chwili, jak to podpisujemy pod zdjęciem. Przeżywamy robienie zdjęć. W imię czego? W imię lajków, chyba.

Pierwszy raz mnie to uderzyło na pokazie Łukasza Jemioła, przy którym pracowałam.

Pokaz mody to wytężona praca kilkudziesięciu osób. To spektakl, przygotowywany miesiącami. Każdy strój jest przemyślany, rozrysowany, zaprojektowany, uszyty – tam nie ma ani jednej przypadkowej nitki, uwierzcie mi. Każdy look jest oddzielnie ustalany, analizowany, sprawdzany. Armia fryzjerów i makijażystów od samego rana przygotowuje modelki. Dobierana jest muzyka, światło, choreografia. Malowane są paznokcie, dłonie, ręce, nogi. Pełna perfekcja, w każdym szczególe.

Wszystko po to, żeby gość na takim pokazie mody poczuł się wyjątkowo. 

A co robi gość?

Gość właśnie robi selfie.

Albo lifestream na Facebooku.

Albo skrupulatnie filmuje wszystko na Snapchata.

Jego tam wcale nie ma.  

Popatrzcie na to zdjęcie, autorstwa Marka Makowskiego:

low_Lukasz-Jemiol_1086

Nikt nie patrzy na modelkę. Wszyscy, WSZYSCY oglądają właśnie monitory swoich telefonów. Nikt nie zarejestrował pięknej tkaniny, nikt nie wsłuchał się w rytm piosenki przewodniej, nikt nie zauważył rozświetlonych obojczyków i paznokci dobranych pod kolor. Oni w tym czasie oglądali pokaz za pomocą swojego smartfona.

Siedząc 30 cm od modelki.

Mając to wszystko na żywo, w full HD i z systemem dolby surround.

I właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że coś tu jest nie tak.

Najważniejszy dzisiaj jest telefon. Sprawdzanie, ile lajków, ile udostępnień. Telefon to atrybut naszych czasów. Nudzimy się w kolejce – sięgamy po telefon. Jedziemy autobusem – scrollujemy ekran telefonu. Stoimy w korku – telefon. Jesteśmy nieśmiali i boimy się zagadać do nowych ludzi – telefon. Selfie, telefon, fejs, insta, daj taki filtr, weź mi prześlij, selfie, scrollowanie, insta, lajk.

Nie mówię, że to jest złe. Takie mamy czasy, po prostu.

Ale to nie znaczy, że ja muszę tak samo. 

Nawet decydując się na pisanie bloga.

Mogę po swojemu.

Na początek postanowiłam zrobić sobie mały test. Odłożyłam komputer i telefon na cały weekend. Odbierałam wiadomości, telefony, ale nie logowałam się w ogóle do świata internetu.

I wiecie co?

Było super!

Odpoczęłam tak, że nie pamiętam kiedy ostatni raz tak odpoczęłam. Nie prześladowała mnie myśl, że „coś muszę”. Było mi lekko, fajnie i przyjemnie. Nigdzie się nie spieszyłam. Wieczorem do snu czytałam książkę, a telefon leżał gdzieś daleko. Byłam skupiona na „tu i teraz”. W głowie zrobiło się jaśniej.

Postanowiłam przedłużyć test do tygodnia.

Bingo!

Tego mi było trzeba!

Nagle się okazało, że mimo wielu obowiązków, ze wszystkim się wyrabiam. Nigdzie nie gonię, gonitwa myśli zresztą też zniknęła. Można tak. Można powoli, swoim trybem, zgodnie ze sobą.

Można pod prąd. 

Mogę się pokusić o stwierdzenie, że w sumie to całe życie idę pod prąd. Kiedy koledzy i koleżanki studiują, pracuję za barem. Kiedy zaczynają się pierwsze prace w korporacjach, mam już kilkuletni staż makijażystki. Kiedy wszyscy są ustatkowani i kupują mieszkania, ja rzucam stałą pracę i idę na studia. Kiedy wypadałoby spoważnieć, kupuję motocykl. Wszystko na opak, wszystko wbrew światu.

Chyba tak lubię.

I lubię też pisać tego bloga. Ale nie chcę się dostosowywać do ogólnie panujących zasad. Jak mam ochotę na zdjęcie, to będzie zdjęcie, jak mnie najdzie na selfie, bo akurat ładnie wyglądam, to niech będzie to selfie. Niech będzie sam tekst. Niech będzie tekst z rysunkiem wykonanym przeze mnie. Niech będzie na moich zasadach.

Mogłam właśnie napisać najlepszy tekst życia.

Ale cholera, nie umieściłam przy nim zdjęcia. 

No i co z tego?

Jestem wielką zwolenniczką teorii, że każdy robi to co lubi i co mu pasuje najbardziej.

W internecie każdy ci powie – kliknij tu, kup to, polajkuj, zasubskrybuj, udostępnik, skomentuj… a ja Ci mówię: wyłącz ten komputer, odłóż ten cholerny telefon, wyloguj się z Facebooka i chodź na spacer. Przeżyj coś naprawdę. Bez dokumentowania tego w telefonie, zostaw telefon w domu. Idź powoli, bardzo powoli. Oddychaj głęboko. Patrz się na ludzi. Obserwuj. Czuj. Bądź. Tak naprawdę bądź.

Rysunek mojego autorstwa. Ej, jaram się!

15 komentarzy

  1. lukasz
    • Monika Harwas
  2. Ania
    • Monika Harwas
  3. włodi
    • Monika Harwas
    • Monika Harwas
  4. Olo
  5. K.
    • Monika Harwas
  6. Fiolka
    • Monika Harwas
  7. k.
    • Monika Harwas

Skomentuj