Rzucam motocross!

…czyli o tym, jak poznałam Hondę CBR.

 

-Nie wsiadam na to. Nie ma mowy – przerażonym wzrokiem wodzę po aluminiowym potworze.

Piękny ten motocykl, trzeba mu przyznać.

Ale ja na nim nigdzie nie zamierzam jechać.

Dookoła słychać pomruk odpalanych maszyn. Jedni zjeżdżają na odpoczynek, inni zaczynają trening, parking załadowany jest busami, przyczepkami i motocyklami.  Jest gorąco, tłoczno, gwarno i wesoło. No tak. Tor w Radomiu w piątek przed południem. Frekwencja dopisała.

Mierzymy się reflektorami.

Ja i Honda CBR 500r.

Ona zerka na mnie podwójnymi reflektorami. Ja zezuję na nią z lękiem, ale i fascynacją. Stoi na podnóżku. Dumna. Lśniąca. Tak jej się ładnie te zygzaki na plastikach układają. Taką szybkę ma fajną. Do kurtki mi tak ładnie pasuje. Taka jest nowoczesna. Całą swoją sportową linią obiecuje, że będzie szybko. 500 cc. Dajcie spokój. Jeszcze pamiętam, jak nie mogłam opanować 85tki. Jeszcze na 125 wsiadam z wytrzeszczem ze strachu. Jeszcze nawet na 250 nigdy nie próbowałam. Jeszcze w życiu na czymś innym niż Pszemek i Jadźka… Jeszcze…

A, dobra tam.

To gdzie te kluczyki???

Nie mam zbyt dużego doświadczenia, jeżeli chodzi o tory asfaltowe. Raz z Pszemkiem cośtam się czailiśmy, nawet tak źle nie było, biorąc po uwagę to, że nie miałam pojęcia co to znaczy „jechać swoją linią”:

 

Do tej pory tor kojarzył mi się raczej z piaskiem w zębach. Albo błotem we włosach. Albo kurzem na goglach. Do niedawna ze słowem „tor” rymowało mi się tylko „motocross”. Po prostu lubię ten offroad. Gdybym miała opisać, jakie to uczucie ścigać się na zawodach motocrossowych, to byłoby to mniej więcej coś takiego:

wikPcFS

Już już ci się wydaje, że panujesz nad wszechświatem, błoto ci samo spod kół ucieka, motocykl sam sobie koleiny wybiera, wybijasz się na skoku, leeeeeeecisz… a tu na lądowaniu kamyk. Albo dziura. Albo niechcący zamknąłeś gaz. Albo wydarza się cokolwiek innego, co właśnie psuje ci szyki. Taaak…Offroad to są same niespodzianki. Tutaj niczego nie możesz być pewny. Tutaj masz adrenalinę na najwyższym poziomie przez cały czas. Tutaj dryfujesz na rozszalałym rekinie przez spienione fale, a w ręku masz kałasznikowa. I jesteś niedźwiedziem grizzly.

Gdyby motocross był emocją, byłby zaskoczeniem. Niby wszystko spoko, ale jednak akuku. Gdyby był muzyką, byłby dubstepem. Niby trans, a tu nagle łubudubu z basu. Gdyby był filmem, byłby „Krzykiem” Hitchcock’a. Niby prysznic, a tu A MASZ A MASZ NOŻEM mokra kobieto! Tak. Motocross to jajko z niespodzianką, tyle że bez jajka.

Po takich doświadczeniach na torach motocrossowych nic dziwnego, że supermoto kojarzyło mi się mniej więcej z tym samym, tyle że lądowanie zdawało się być znacznie bardziej twarde.

No ale decyzja już podjęta.

Odpalam CBRę.

Uwierzcie mi, gdyby można było bez przypału wjechać na tor z zamkniętymi oczami, to właśnie tak bym zrobiła. Ręce mi się trzęsły, kolana miałam z ciastoliny…

Grizzly? Serio?

To jest jakiś płetwal błękitny!

I wtedy…

Naprawdę popłynęłam.

Jeżeli motocross jest jak przedzieranie się przez amazońską dżunglę w poszukiwaniu wody pitnej… to supermoto jest jak lot śmigłowcem w siną dal. Jeżeli motocross jest dubstepem… to supermoto będzie Marszem Triumfalnym z „Aidy”. Jeżeli motocross jest Johnem Rambo… to supermoto zdecydowanie jeździ Batmobilem. Supermoto jest gładkie, błyszczące, szybkie i czyste. I właśnie bardzo mi się spodobało.

Ale wróćmy do naszego potwora z fabryki Hondy, z którym zdążyłam się zresztą oswoić po paru kółkach. Dziwne uczucie. Nic nie szarpie, nic ci nie próbuje wyrwać kierownicy, nic ci nie ucieka spod tyłka. Jesteś tylko ty, tor i twój motocykl, który jest, uwaga, twoim przyjacielem. On razem z tobą poszybuje hen, daleko, ku przestworzom asfaltowej Narnii. No fajnie, nie powiem. Po kilku okrążeniach w miarę załapałam o co chodzi i „zgrałam się” z moją nową, błyszczącą kumpelą. Udało mi się parę razy zejść całkiem nisko, jak na moje betonowe standardy. Trochę walczyłam z pozycją, w końcu przez cały mój motocyklowy żywot najważniejsze były łokcie w górze, a tutaj wywnioskowałam, że chyba jednak wszystko się kręci wokół kolan, więc trochę się musiałam nauczyć wyginać inaczej. Jakoś tam poszło, chociaż będę musiała stworzyć nazwę dla swojego własnego stylu jazdy, bo chyba nie uwzględnili mojej pozycji w podręcznikach. Zresztą, kto by się tam pozycją przejmował, jak pierwszy raz w życiu czwórkę wbiłam!

I, słuchajcie, jakoś tak jak mi wiatr opływowy kask owiewał, jak mi tak to kolano prawie po podłożu szurało, jak się tak przykleiłam do tego motocykla i sunęliśmy sobie na gładziutko… to jakoś tak mi się pomyślało, że chyba znalazłam swój następny level motocyklizmu.

Tak mi się pomyślało… że może czas już przestać się obijać w piachu?

Tak mi się pomyślało… że może dorosłam już do asfaltu?

Tak mi się pomyślało… że w skórzanym kombinezonie to będę taka petarda, że a niech mnie.

Na szczęście żadnych strategicznych decyzji podejmować nie muszę. Motocross jest fajny i Jadźka jest fajna, i supermoto też jest fajne i skórzane kombinezony to już w ogóle są fajne. No i fajnie. Dopóki są siły i chęci, to i piach, i puder, i asfalt idealnie zgrywają mi się w jedną całość. A ta całość nazywa się Monika Harwas i jest przeszczęśliwa. Bo może jeździć. I pisać o tym może też. I parę zdjęć też wrzucić może:

20160506_170039

WP_20160506_14_20_15_Pro (2)

WP_20160506_14_18_36_Pro (2)

WP_20160506_14_16_01_Pro (3) ()

WP_20160506_14_15_07_Pro (2)

20160506_133316

Bardzo mi się podoba moja profesjonalna postawa.

 

20160506_133153_16052016205825 (2)

Są tacy ludzie, którzy nie potrzebują zmian. Spróbowali kiedyś sernika i sernik jest ok i nie ma już potrzeby testować szarlotki. Są tacy, którzy się do sernika przywiązali i boją się, że bez sernika to już nigdy nie będzie tak samo. A są też tacy, którzy lubią i sernik i szarlotkę, i ta beza z truskawkami też wydaje się być spoko. Są tacy, którzy lubią próbować rzeczy. Nie mówię tu o wartościach niezmiennych – dom, rodzina, związek. To są już kwestie moralności, tu już się każdy sam rozliczy. Mówię o próbowaniu życia. Umiem jeździć na rowerze, ale chcę jeszcze pływać. Umiem biegać, ale chcę też latać. Umiem kluski z sosem pomidorowym, ale chcę przegrzebki na maśle. Umiem poloneza, ale chcę jeszcze sambę. Umiem krzyżówkę, ale może być też sudoku. Na pianinie coś zagrać. Zaśpiewać coś. Przebiec 10 km. Upiec ciasto marchewkowe. Jeździć na motocyklu. Napisać książkę. Obejrzeć film. Pokolorować obrazek. Próbować. Próbować, dopóki się chce.

Tak, żeby na starość usiąść sobie z cygarem (a co!) i pomyśleć sobie:

„No to sobie popróbowałam„.

 

 

8 komentarzy

    • Monika Harwas
  1. Olo
    • Monika Harwas
    • Monika Harwas
    • Monika Harwas

Skomentuj