Oesu jak mi się nie chce…

…czyli baba na treningu. Chyba będzie śmiesznie.

 

Umówiłyśmy się po 13. Prosto po szkole pomknęłam swoją srebrną strzałą do pracy Narzeczona, podmieniłam srebrną strzałę na granatowy wehikuł zwany potocznie andżejem i wyruszyłam w trasę. A dokładniej ustawioną przez właściwego Andrzeja trasę na moim telefonie, który, nawiasem mówiąc, pamięta jak to było przed smartfonami i jest skubany nie do zdarcia. Telefon pamięta, aczkolwiek my z Andrzejem jesteśmy z tych roczników, co to pamiętają nawet, jak było przed internetem (teraz oczyma wyobraźni widzę młodszą część Czytelników, która w czeluściach swoich jędrnych i młodych umysłów próbuje właśnie odszukać znaczenie zwrotu „przed internetem”. To przed internetem coś w ogóle było?!?!?). Było. I nazywało się Power Rangers. Albo Xena. Dobra, trochę nam się odbiegło od tematu (ehh, te czasy Polonii 1…), wracajmy na trasę!

Jest GPS w telefonie, jestem ja, jest andżej, Jadźka na pace wesoło macha błotnikiem. Jedziemy. Na trening jedziemy! Wszystko gra – słońce świeci, w radio grają miłe dla ucha dźwięki, droga pusta, no gitara taka, że nie może być bardziej gitara!

Zadowolona, podziwiam widoki za oknem – najpierw podwarszawskie osiedla ukryte wśród drzew, potem malutkie domki, rozsiane wokół wiejskiej drogi, dalej pola pełne złotych zbóż, potem już domki spotykam coraz rzadziej… i rzadziej…aż wjeżdżam w las. W miarę gęstnienia lasu mój telefon coraz słabiej odbiera sygnały wszelakie, ten z satelity również. Nie załamuję jednak rąk – do celu tylko 1,1 km, na pewno gdzieś tu w tym lesie jest tor, na którym umówiłam się z dziewczynami! GPS pokazuje, że za 300 metrów trzeba… i w tym momencie mój telefon robi wrytyryryry i „do widzenia”.

Wyłączył się.

Dinozaur cholerny.

Szkodzi nic, mam jeszcze drugi – smartfon z prawdziwego zdarzenia! Internety, Instagramy, Fejsbuki, aplikacje… Panie kochany, czego tam nie ma! Z takim dziełem technologii na pewno nie zginę!

No tak, tylko że mój ultranowoczesny smartfon ze wszystkimi możliwymi funkcjami świata akurat nie ma zasięgu.

No to super.

Long story short, żeby Was nie zamęczać opisami mojej udręczonej duszy poszukującej schowanego w lesie toru motocrossowego – jeździłam w tą i z powrotem przez jakieś 40 minut, szukając czegokolwiek, co przypomniałoby mi drogę (Tak, już tam kiedyś byłam. Nie oceniaj dopóki Tobie też nie rozładuje się telefon z GPS’em!), oczywiście ze skutkiem marnym. Zapytałam o tor motocrossowy jedynego napotkanego po drodze pana (motokor… motkor… Pani, co się mnie Pani pytasz, ja nie wiem co to za wynalazki, ja nie znam!). Po kilku jeszcze próbach odnalezienia miejsca docelowego na smartkurdefonie zrobiłam to, co akurat w danym momencie uznałam za jedyną słuszną opcję – rozpłakałam się i zawróciłam w stronę domu.

Tak. To ja.

WP_20150802_13_05_21_Pro

Ale dlaczego ja Wam o tym w ogóle piszę?

a) myślałam, że to będzie śmieszny wstęp

b) dwa dni później dotarłam w końcu na trening i mam w związku z tym przemyślenia i potrzebowałam śmiesznego wstępu

Ja na swoje prywatne, własne i osobiste hobby wybrałam motocross. Ale każda (każdy) z nas mogła sobie wybrać co innego – niektóre pewnie biegają na siłownie, inne zapisują się na fitness, jeszcze inne rano lecą na jogę, znajdzie się też mnóstwo takich, które odpalają sobie dvd z treningiem na chacie. Co nas łączy? Aktywność fizyczna, to jedno, pragnienie ładnej i zdrowej sylwetki, to drugie, ale założę się też, że każda (każdy!) z nas przed, w trakcie i po treningu przechodzi przez te same etapy.

A jakie to są etapy?

I właśnie tego dotyczą moje przemyślenia. U mnie sprawy wyglądają następująco (i założę się, że u Was jest podobnie):

Etap 1 – EKSCYTACJA.

Śnię i marzę o treningu, wyobrażam sobie, jak to będzie jak wsiądę na motocykl, jak odpalę, jak tym razem już na pewno tak jak zwykle odkręcę gaz, jak lecieć będę i w ogóle jak będzie wspaniale. Szykuję sobie torbę (no dobra, torbę szykuję zawsze na ostatnią chwilę), pakuję jedzenie (no dobra, zajeżdżam na stację po Snickers’a). No nieważne, w każdym razie cieszę się na myśl o treningu i doczekać się go nie mogę. A jakie będę miała potem ciało wysportowane! Już w myślach mierzę te wszystkie krótkie spodenki i topy-obciskacze!

Etap 2 – TROCHĘ MI SIĘ NIE CHCE.

W każdym z nas drzemie leń, mniejszy lub większy. Każdy z nas kocha swoje łóżko/kanapę, w mniejszym lub większym stopniu. Powszechnie wiadomo, że siła grawitacji w łóżku i na kanapie jest największa. A czasami jest jeszcze większa niż największa. Tak znacznie większa niż zazwyczaj. Tak bardzo znacznie większa, że czujesz, że trzeba by Cię było z niej odkleić, żebyś w ogóle wstał(a). Jeżeli chodzi o motocross, to chyba jeszcze mi się tak nie zdarzyło, ale już z „Płaskim brzuchem” było tak parę razy, że już wychodziłam, ale akurat włączyli grawitację.

Jak już przezwyciężysz grawitację, to wchodzi

Etap 3 – POCZEKAJMY JESZCZE TROCHĘ.

Z czasem też tak jest, że on nie zawsze płynie tak samo. Czasami np przyspiesza – głównie rano, jak już umyłaś zęby, ale jeszcze nie nałożyłaś podkładu a owsianka właśnie sama wychodzi z garnka i ogólnie to za 10 minut masz być pracy. Czasami czas też zwalnia. Najczęściej zwalnia, jak przyjechałaś na trening i trzeba zdjąć motocykl z paki. Boże jak się wtedy włącza slowmotion, no niesamowite! Czasem się ktoś pojawi i poratuje, ale jak trzeba samemu… no normalnie minuty same się rozciągają, mówię Wam! A ubrać się w ciuchy motocrossowe? Wy w ogóle wiecie, jakie długie są te skarpety??? A ile się te buty zapina??? A jeszcze pogapić się na tor przecież trzeba, najlepiej bezmyślnie i najlepiej przez jakieś 10 minut. W całkowitym zawieszeniu. I tu dochodzimy do…

Etap 4 – JEST DO DUPY.

Ok jeżeli w coś jestem dobra, to ja na pewno jestem dobra w JEST DO DUPY. Pierwsze okrążenia to u mnie masakra. Zawsze wjeżdżam na tor i czuję się, jakbym pierwszy raz w życiu na motocyklu siedziała. Sztywna cała, zakręty to bym najchętniej na wprost przeleciała, skoki to w ogóle weź mi nawet nie mów, ja tam zakręcam gaz zanim najazd zobaczę, jest źle, źle jest po prostu. Zresztą na fitnessie to samo. Ogarniacie rozgrzewkę na stepach z układem choreograficznym??? Albo jeszcze gorzej – układ choreograficzny bez stepu??? Któraś z was łapie, o co tam chodzi???? Cza-cza-nie-zesraj-się?!?!? Zazwyczaj zerkam wtedy nerwowo w stronę drzwi wyjściowych, zastanawiając się, która wymówka będzie dostatecznie dobra żeby z nich skorzystać. Tak. Na początku treningu zazwyczaj stwierdzam to samo – jest do dupy.

WP_20160429_18_25_02_Pro (2)

Etap 5 – JEST WSPANIALE!

Jeżdżę sobie, jeżdżę, kółko za kółkiem robię, i nagle jak nie walnie we mnie fala endorfin! Od stóp do głowy wypełnia mnie szczęście! Jak to się stało? Cholera, nie wiem! Przychodzi taki moment na treningu, kiedy już się pokona swoje niechciejstwo i zrezygnowanie, że uderza w człowieka taka radość, że a niech mnie. Na fitnessie ten etap mógłby się też nazywać „Niezniszczalność” – 20 pompek? Weeź dziewczyno, watch me. Jeszcze jedna seria? Buahaha, in your face! (Nie wiem czemu większość kobiet na sali, w tym ja, w tym właśnie momencie robi dziubek i nakurza dalej te przysiady i pompki. Tyle, że z dziubkiem).  NIEZNISZCZALNAAAAAA! Na treningu motocrossowym zazwyczaj w tym momencie muszę już wracać do domu.

Etap 6 – MOJE ŻYCIE JEST TAKIE ŚWIETNE.

Wracam z treningu, zmęczona jak trampki po maratonie, ale najszczęśliwsza na świecie. Mięśnie palą, obowiązek spełniony, głowa wypoczęta. Z rozrzewnieniem spoglądam na Jadźkę/na torbę treningową/na mopsa, jeśli był ze mną. Śpiewam sobie piosenki po drodze, nie mam siły trzymać kierownicy, radośnie bolą mnie pośladki… Czasem przy cofaniu wjeżdżam w drzewko nieopodal toru. Jest pięknie.

Etap 7 – WSZYSTKO. MNIE. BOLI.

Tu już chyba nic więcej nie mam do dodania. Też po crossfit’cie siadacie na kilka etapów??

Etap 8 – KIEDY NASTĘPNY TRENING????

Ok, zazwyczaj jest tak, że wciąż boli mnie wszystko i przez moment nienawidzę aktywności fizycznej (dlaczego nie można POP PROSTU MIEĆ sześciopaka? Tak od urodzenia? Dlaczego nie jesteśmy genetycznie uwarunkowani do posiadania SUPERCIAŁA bez jakiegokolwiek wysiłku???). Zaraz potem na szczęście powracam do miłości do pocenia się i zaczynam planować następny trening. Czyli wpisuję trening we wszystkie możliwe dni w kalendarzu, a potem jestem zdziwiona, że to jednak niemożliwe żeby wcisnąć fitball, motocross i pilates jednego dnia. W każdym razie – ZNOWU MNIE NOSI.

_DSC9141_net

A Wy?

Jak to u Was wygląda?

Mam dziwne wrażenie, że niezależnie od uprawianego sportu wszyscy mamy podobnie 🙂

Podziel się ze mną w komentarzu, jak u Ciebie wygląda walka o zdrowie, kaloryfer i życie bez wyrzutów sumienia, chętnie przeczytam wasze realcje! ;p

MTVSlav2 (37 of 45)

15 komentarzy

  1. Olo
    • Monika Harwas
      • Olo
        • Monika Harwas
          • Olo
          • Monika Harwas
  2. Ola
    • Monika Harwas
      • Ola
        • Monika Harwas
    • Monika Harwas
  3. K.
  4. An
    • Monika Harwas

Skomentuj