Wiertła, wykrętaki i gwintowniki…

…czyli Narzeczon robi brum w Hiszpanii, a ja też tam jestem.

 

Nie do końca wierzyłam, że ten męski wyjazd im wypali. Za dużo było zmiennych, za dużo innych obowiązków, nagłych zwrotów akcji i zdecydowanie za mało czasu.

A jednak.

-Jedziemy! – takie hasło padło z ust Narzeczona dnia któregoś.

Ogarnęli motocykle, wypożyczyli busa, zarezerwowali domek – niemożliwe stało się możliwe. Skubani, dopięli wszystko, chociaż zdawałoby się, że Wszechświat się uwziął, żeby jednak nie jechali.

-Jedź z nami! – usłyszałam.

Byłam na „nie” – delikatnie rzecz ujmując. Brak funduszy, czasu też brak, Jadźka mi się zaraz rdzą pokryje, komu psa zostawię… tutaj mnie też palec Boży usilnie wciskał mnie w domową kanapę. („Nie jedź!” – szeptał mi głos do ucha – „Nie. Masz. Hajsu!” – wwiercał mi się ten szept złowieszczy w głowę).

A potem zobaczyłam promocje lotów do Hiszpanii.

I wszystkie moje argumenty zostały inwalidami.

Także tego.

Narzeczon poleciał wcześniej, kolega Narzeczona o jakże dumnie brzmiącej ksywie Dzielny Pacjent na miejsce dojechał busem, ja dolecieć miałam po dniach kilku, wziąć ze sobą ciepłe rzeczy oraz dobry humor.

Z tymi rzeczami to jest tak, że jak się człowiek naogląda tych wszystkich fanpejdży i instagramów, to w głowie mu się coś piętroli, i rzeczywiście zaczyna się zastanawiać, czy aby przypadkiem jednak nie spakować tych ładnych, nowych, niebieskich obcasów bo może mi Andrzej zrobi takie ładne zdjęcie na torze i jak dodam do tego odpowiedni filtr, to będzie tak ładnie i faszion i haj stajl i lajków miliony. 

Uff, na szczęście ja to jednak ja.

Wzięłam ermaksy i szare dresy. Też ładnie wyglądają, jak się wrzuci „Amaro” i ustawi kontrasty.

A potem zaczęły się schody. Odebrałam telefon od Narzeczona.

-Kotek bo mi się tu popsuło tupadanazwacosiępopsuło, ale Ty się nic nie martw, wszystko u nas w porządku, tylko byś nam przywiozła tupadanazwacojabymprzywiozła i to jest słuchaj strasznie ważne, żebyśmy naprawili tupadanazwacobędąnaprawiać, ale Ty się nic nie martw, kocham Cię, pa!

W tym momencie każda szanująca się kobieta motocyklisty dostaje stanu przedzawałowego, zgodnie z dewizą nicsięniemartwkochanie. 

No ale trza ratować chłopaków, jest misja. Jako, że Andrzej ma kolegów na poziomie, już następnego dnia dotarły do mnie Bardzo Ważne Części Do Motocykla, które to miałam chłopcom przywieźć.

Samolotem.

W bagażu podręcznym.

No witaj przygodo.

Czyli trzeba zrobić ładny makijaż, bo coś czuję, że się trzeba będzie gęsto celnikom tłumaczyć.

No to teraz krótki opis sytuacji – stoję Ci ja w kolejce do sprawdzania bagażu, wszystko wyładowane na tackach ładnie, tu komórka, tu laptop, bilet obok, portfel, no elegancko. Jedzie torba. Stoję przed bramką, uśmiecham się ładnie, pan za bramką odwzajemnia uśmiech…

Nagle torba robi stop.

I robi się też zamieszanie. Jeden pan zagląda, druga pani zagląda, analiza idzie, rozmowa przyciszona… Jakiś pan jeszcze podchodzi…

-Przepraszam, to ja może wyjaśnię, części do motocykla wiozę – zgłaszam się widząc, co się święci.

-Ta pani mówi, że wiezie części do motocykla – podłapuje pan zza bramki.

-TA pani?!?!?!? CZĘŚCI DO MOTOCYKLA?!?!?! – wyczuwam niedowierzanie w głosie pani celnik. Cholera, za dużo różu jednak.

I następuje seria wyjaśnień z mojej strony, że tu taka gazeta, a tu na okładce Narzeczon, no i on trenuje teraz, i się było coś zepsło, i ja na ratunek… (uśmiech, uśmiech, dużo uśmiechu).

Pan celnik lustruje mnie wzrokiem, bada uważnie zawartość torby… przenosi wzrok na gazetę obok…

-O. „Świat Motocykli”. No to było tak od razu.

Nie zrozumcie mnie źle – nic takiego strasznego nie wiozłam. Ot, wykrętaków kilka… zapakowane wszystko i z paragonem, ale fakt, dziwnie to wyglądało w sąsiedztwie gaci z koronką i skarpetek z mopsem.

Po dokładnym przetrzepaniu mnie, mojej torby, krótkim wywiadzie i serii głupawych uśmiechów z mojej strony – dobra, lecę. Do Narzeczona! Do Barcelony!

Po 3 godzinach lotu, jestem na hiszpańskiej ziemi. Stęskniona, rozemocjonowana, szczęśliwa, że za chwilę zobaczę Mężczyznę Mojego Życia…

Tylko, że nikt na mnie nie czeka.

Patrzę w prawo… patrzę w lewo…, rozglądam się, wzrok wytężam… Nie ma nikogo. Zrezygnowana odstawiam bagaże, kucam tuż obok, no nic, poczekam chwilę…

Nagle zza pleców słyszę krzyk:

-Otwieraj torbę!!!

I już widzę ręce mojego Narzeczona, sięgające nie po mnie, żeby wziąć mnie w objęcia, a nurkujące w czeluściach mojego bagażu podręcznego, gorączkowo przerzucające sterty moich, poskładanych w kosteczkę, ubrań.

-Gdzie to? Masz te wykrętaki?!?!? – Jędrek szaleństwo ma w oczach, Dzielny Pacjent wtóruje w poszukiwaniach, razem klęczą nad moją torbą z Roxy… Nagle twarz Andrzeja podnosi się, po raz pierwszy patrzy mi głęboko w oczy i niemal wyszeptuje…:

-A gwintowniki wzięłaś?

Kurtyna.

I tym, nieco szorstkim wstępem rozpoczęła się moja kilkudniowa Hiszpańska Przygoda, z Andrzejem, CRFą, Dzielnym Pacjentem i Danim Ribaltą w tle.

O samym supermoto zrobię jeszcze oddzielny wpis, bo to też temat-rzeka (małe, jeżdżące na kolanie czterolatki #noniewierzę), ale zrobię Wam teraz krótkie wprowadzenie.

Dani’ego Ribalte najlepiej odnaleźć w czeluściach You Tube’a – ten pan robi takie rzeczy, że nawet ja, która nie do końca ogarnia co tam się tak naprawdę dzieje, zbieram szczenę w podłogi.

 

W każdym razie, chłopcy udali się do tego pana na trening. Czyli to tak, jakbym na lekcje śpiewu poszła do Beyonce. A na szkolenie z selfie do Kim Kardashian. Czyli pełna profeska.

Choć początkowo dostali łomot, (nareszcie ktoś czuł się tak jak ja na każdych zawodach!) pod koniec kilku dni jazdy nie powiem… Progres widać było jak na dłoni, a slajdy wychodziły im naprawdę całkiem pysznie. Aż miło było się trochę pojarać i na chwilę zapomnieć, jak bardzo im zazdroszczę oraz jak bardzo tęsknię za Jadźką.

Aha, i jeżeli początkowo wyobrażałam sobie, że spędzę kilka romantycznych, motocyklowo-hiszpańskich dni z narzeczonym, to na wejściu do wynajętego domku spotkało mnie to:

20160405_010813

a potem to:

20160405_184234

i jeszcze to:

20160413_224131

Czyli wyszło, że żartowałam. Nie ma miętkiej gry, jest supermoto!

Jakoś tak się motocyklowo rozminęliśmy z Narzeczonem – on śmiga po twardym, robi sztuczki i popisy na jednym kole, wsiada na Hondę CRF i robi slajdy, a ja wywracam się na Jadźce w piachu, na jednym kole startuję z maszyny, ale zaraz potem robię też obrót o 180 stopni i jeżeli kiedykolwiek w życiu zrobiłam slajd, to na pewno było to niechcący i wylądowałam potem za bandą. Nie zmienia to jednak faktu, że dwa kółka to dwa kółka, a jak się do dwóch kółek doda silnik to wychodzi motocykl. Czy coś takiego, no ale chciałam jakąś konkluzją rzucić na koniec i wyszła akurat taka. W każdym razie, stwierdzam fajność supermoto i stwierdzam, że jeśli starczy mi kiedyś jaj, (a nie mam ich dużo), to też spróbuję.

Podsumowując:

  • przez 4 dni mieszkałam w domku, gdzie motocykle były ważniejsze ode mnie, a tak w ogóle to były najważniejsze
  • chłopcy nauczyli się slajdów w zakręcie, a to jest bardzo trudne
  •  nigdy nie wiesz, jak bardzo jesteś dla kogoś istotna, dopóki Twoja torba podróżna nie staje się bardziej istotna
  • nie bierz na tor supermoto niczego, co nie jest szarym dresem albo adidasami
  • następny odcinek hiszpańskiej przygody z supermotardem też będzie bardzo ciekawy bo: będzie trochę zdjęć z fajnej jazdy, będzie pan bez głowy i będą słodkie fotki z Barcelony.

IMG_9625

Stay tuned!

Brum!

 

2 komentarze

  1. Olo
    • Monika Harwas

Skomentuj