Malezyjskie wpadki i wypadki, część druga i ostatnia.

…Chcecie wiedzieć, co było dalej??? 

 

Dobra, to gdzie my tam w końcu byliśmy?

Aaa, w Georgetown, ok.

Z czego słynie Georgetown? Z pysznego jedzenia, podobno najlepsze w całej Malezji. Podobno gdzieś nad brzegiem morza porozstawiane są tam budy z pysznościami, rozpływającymi się w ustach owocami morza, wszystko świeże, doprawione, no pychota, tak mówią! A jak to wszystko smakuje?? Eee, nie wiem, nie znaleźliśmy tego. Z pięknych murali starówka Penang też słynie. Chłopiec na motocyklu, dzieci na huśtawce, koty, rowery…- turyści z całego świata zjeżdżają, żeby podziwiać te dzieła sztuki, zrobić sobie z najsłynniejszymi malunkami zdjęcie. A wszystko to wymalowane na ścianach budynków i wygląda, jak żywe! Podobno. Oczywiście nie dotarliśmy do żadnego ze słynnych murali, bo znowu dostaliśmy Azją w twarz.

Ale po kolei.

Nasz pokój w Georgetown już widzieliście (fajny, nie?). Szybki prysznic i jesteśmy gotowi, żeby podbijać i eksplorować Penang. Mimo dość specyficznej i lekko ubarwionej traumą podróży staraliśmy się utrzymywać entuzjazm na stabilnym poziomie- nie poddajemy się, tu jest Azja, tu się tak żyje, albo się z tym godzisz albo nie wiem, samolot powrotny do domu kombinuj. No to więc godzimy się. Cali jesteśmy, zdrowi jesteśmy, bagaż jest- idziem w to dalej! Wystarczy teraz tylko znaleźć port, kupić bilet na prom nazajutrz i cyk, plażing, smażing i nicnierobing czeka na nas na Langawi.

Ha ha ha.

W hotelowej recepcji niestety nikt nie był nam w stanie wytłumaczyć, gdzie jest port, gdzie są promy i gdzie na taki prom bilety zakupić, a tak w ogóle to ajm sory maj inglisz is turistik. Aha, czyli nic nie wiemy. Matko Boska Turystyczna dopomóż nam, bo nie wiemy gdzie idziemy. Ale idziemy, raźnie maszerujemy, zwiedzać będziemy! Nagle patrzymy, o! Jest znak! Prom w prawo! Jesteśmy uratowani!

Tylko że znaki w Azji czasami żartują.

W prawo przystani promowej nie było, było za to coś na kształt slumsów, z hordami psów bez ogonów, ulicznym wysypiskiem śmieci, strasznym smrodem i hinduską świątynią, wklejoną w to wszystko gdzieś pośrodku. Zrobiło się trochę niefajnie. Była sobota, powoli zapadał wieczór, mieliśmy tylko jedną szansę na odnalezienie portu, bo wiedzieliśmy, że następnego dnia są tylko dwa rejsy na Langkawi- o 8:00 i 14:00, a wszelakie biura turystyczne najprawdopodobniej będą w niedzielę zamknięte. Jak myślicie, co robi Monika H.- blogerka, motocrossówka, baba pracująca w takiej sytuacji, wymagającej szybkiej i konkretnej decyzji? Płacze, oczywiście (zepsułam nam wakacjeeee, miało być tak pięknieee, mam doooooośććććććć). Postanowiliśmy uznać, że znaki żartowały i pójść w drugą stronę, kierowani własną intuicją i przekonaniem, że jakoś to będzie.

I faktycznie, było. Po dłuższej wędrówce znaleźliśmy port, znaleźliśmy też jedyne otwarte o tej porze biuro i zabraliśmy się za procedurę kupowania biletów. Tak, procedurę. Mówiłam już, że w Azji nic nie jest tym, na co wygląda? 🙂 Na początku trudno było nam ustalić cenę biletu, bo jak się płaci kartą, to trzeba doliczyć 6% podatku jakiegośtam i jeszcze 5% teżjakiegośtam. I tu pan sprzedający poległ. Hasztag mózg rozwalony, hasztag jaksięużywakalkulatora? Po kilku przeliczeniach, w tym andrzejowych i moich też i po usilnym przekonywaniu, że pan się już nie męczy, my już policzyliśmy, nam już wyszło, odłóż pan ten kalkulator, UDAŁO SIĘ – doliczyliśmy się. Płacimy. Tylko, że… no właśnie- płacimy kartą. Czyli trzeba włączyć terminal. Czyli znowu dramat. Po chwili pojawia się hasło: „enter pin code” i tu pan sprzedający ochoczo zabiera mi terminal i zaczyna wpisywać kod pin. HALOOO! O MÓJ kod pin chodzi! Aaa, ajm sory, maj inglisz też jest turistik. I szczery, szeroki uśmiech. Kurczę, zaczynam uwielbiać Malezyjczyków.

Uff, jest bilet, płyniemy nazajutrz z samego rana na Langkawi. Już po krzyku, już wszystko załatwione. Też płaczę.

IMG_4887

WP_20160123_11_38_02_Rich (2)

WP_20160123_12_21_08_Rich (2)

WP_20160123_12_20_58_Rich (2)

WP_20160123_12_20_09_Rich (2)

O Langkawi będzie jeszcze oddzielny wpis, ale pozwólcie, że wprowadzę mały spojler- słońce, domek na plaży, biały, mięciutki piasek, palmy, wodospady, dżungla, JEZUSMARIA najlepiej.

Na miejscu wypożyczyliśmy skuter i zwiedzaliśmy wyspę. Jeśli spodobała nam się jakaś plaża, zatrzymywaliśmy się na niej. Piliśmy wodę ze świeżego kokosa. Kąpaliśmy się pod wodospadem. Łaziliśmy po dżungli. Zwiedziliśmy okoliczne wyspy. Poparzyła mnie meduza i małpa przyczepiła mi się do nogi (nie może być zbyt rajsko, okeeej??). Podsumowując- spędziliśmy kilka wspaniałych, relaksujących, radosnych dni. Ahh, jak było cudnie!

IMG_4918

IMG_4947

IMG_4967

IMG_5066

IMG_5101

IMG_5133

Ale jeszcze trzeba wrócić.

Z racji przeżytego stresu związanego z podróżą autobusem, postanowiliśmy do Kuala Lumpur z Langkawi wrócić samolotem. I tu moja rada dla przyszłych podróżników- po Azji naprawdę opłaca się latać regionalnymi tanimi liniami (np Air Asia). Za bilety zapłaciliśmy niewiele więcej, niż za podróż autobusem (autobusami plus taksówka plus uszczerbek na zdrowiu w strefie psyche), a o ile wygodniej wsiada się do samolotu i wysiada się z niego i jest już człowiek na miejscu i się w ogóle nie przejmuje. Także tego. Samolot. Po wylądowaniu kolejna misja- z lotniska (oddalonego od miasta o jakieś 60 km, taki trochę odpowiednik naszego Modlina) musimy przedostać się do Chinatown (tam zostawiliśmy zbędne bagaże, żeby ich już nie ciągać po całej Malezji) i potem z powrotem na lotnisko, tym razem główne, obsługujące loty międzynarodowe. Mamy na to około 3 godziny. Czyli znowu akcja.

Dość szybko znaleźliśmy pana taksówkarza, który chętny był podjąć się tego zadania razem z nami. Ustaliliśmy satysfakcjonującą obie strony stawkę, zresztą pan, jak wszyscy Malezyjczycy, miły i uśmiechnięty. Będzie dobrze. Pozostaje tylko wypłacić kasę z bankomatu i jedziemy. Andrzej podchodzi do jednego z bankomatów, wkłada kartę i… odmowa. Lekka konsternacja, ale spoko, jest jeszcze moja karta. Powtarzam czynności Jędrka… odmowa! Trochę mi ciepło, ale stoją tu jeszcze dwa bankomaty, damy radę. Podchodzimy do drugiego. Karta do środka, wpisz pin… odmowa. Dobra, jest mi już gorąco. Panu taksówkarzowi uśmiech delikatnie przygasa. Mi już powoli przygasa wszystko. Podchodzimy do trzeciego, ostatniego bankomatu. Zaczyna mi się trząść broda. Zamykam oczy. Bozia, weź już tak z nami nie żartuj! Przecież cały czas działało! Podnoszę powieki i widzę Andrzeja z banknotami w ręce. Alleluja. Pierwszy etap za nami. W drogę!

Jest naprawdę miło. Klimatyzacja przyjemnie chłodzi, rozmowa z panem taksówkarzem się klei, na drodze nie ma ruchu, jesteśmy dobrej myśli. Próbuję nawet zagadywać po chińsku, bo okazuje się, że nasz pan prowadzący ma chińskie korzenie. Filmujemy drogę kamerką, ja robię zdjęcia, podziwiam palmy… I nagle jeb. Słyszymy charakterystyczny dźwięk- złapaliśmy gumę?!? Serio??? BOZIA?!?!? Widzę minę Andrzeja i wiem, że on też już wie. Będziemy za chwilę robili hardkorowy malezyjski pitstop na środku autostrady. Wychodzimy z samochodu, schylamy się… urwane nadkole. Wbijamy co tam z nadkola zostało do środka, dobra, na słowo honoru się utrzyma, jedźmy dalej!

Torbę odebraliśmy już bez dalszych przygód, Kuala Lumpur natomiast pożegnało nas burzą z ulewą i piorunami- coś pięknego. Wgapiam się w deszcz spływający po szybie taksówki. Ja pierniczę. Jestem w Malezji. Jadę przez Kuala Lumpur. Andrzej siedzi obok. Life is good, bez kitu.

Podczas podróży z Kuala Lumpur do Amsterdamu zaczyna mnie rozkładać choroba. Zatkany nos, obolałe gardło, gorączka- no pięknie. Klimatyzacji mi się, cholera, zachciało. Zwijam się w kłębek, znaczy się próbuję zwinąć się w kłębek na samolotowym siedzeniu i zasypiam. Jeszcze tylko 4 godziny w Amsterdamie i już niedługo będziemy w domu. Łóżeeeeczkooooo! Już lecę do ciebieeee!

Dobra, podsumujmy. Za nami:

-lot z Langkawi do Kuala Lumpur

-podróż taksówką z przygodami z lotniska w Kuala Lumpur do  Chinatown i z powrotem

-12-godzinny lot z Malezji do Amsterdamu

-jestem chora w huk

Lądujemy w Amsterdamie i sprawdzamy lot- jest Warszawa, bramka C27. Zostaje nam jeszcze kilka godzin- jakaś kanapka, herbata z cytryną, może drzemka? Telepie mną okrutnie, smarki mi lecą, gardło mi zaraz eksploduje- no Monika H. w swoim najlepszym wydaniu po prostu. Nieważne, w Malezji było super, a już za chwilę domek i mops!

Zasypiamy pod bramką. Ludzie dookoła, komunikaty nadawane co chwilę, gwar, szum- nic nie jest w stanie zaburzyć naszego snu. Pulsująca głowa opada, dreszcze usypiają jeszcze bardziej, powieki są taaakie ciężkie… Budzi mnie charakterystyczny komunikat- zaczynamy boarding. Dom coraz bliżej!

Podchodzimy z biletami do bramki i w tym momencie zdaje mi się, że słyszę swoje nazwisko: „Passenger Harwas and passenger D…..”. Odwracam się do Andrzeja:

-Ej, ale śmiesznie, wołają nas, jak my pod bramką stoimy!

I w tym momencie nasza bramka robi : DZYYYŃŃŃ. Pani stewardessa patrzy na nasze bilety:

-To nie wasza bramka.

Jasna cholera. ZNOWU?!?!?!?

Okazuje się, że nasza bramka się zmieniła, że były dwa loty do Warszawy i nasz właśnie się instaluje do samolotu z D81.

Na. Drugim. Końcu. Lotniska.

Usłyszałam tylko, że run i że chyba już too late i dalej już widziałam tylko powiewające poły koszulki Andrzeja, biegnącego przede mną. Dla zainteresowanych- tak, lotnisko w Amsterdamie jest spore. Biegłam, ile sił w nogach, ale po chwili torba zaczęła mi niemiłosiernie ciążyć, kaszel zatykał płuca, smarki kurde, były wszędzie, w głowie mi łupało, świat niebezpiecznie się kręcił… Zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. W rozpaczliwym geście zdążyłam tylko wyciągnąć dramatycznie rękę…

-Biegnij, Andrzej!

No to Andrzej pobiegł, a ja biegotruchtem dzielnie poczłapałam za nim. Bramki zdawały się oddalać, zamiast przybliżać. D1, D5, D10, D4, D1… Co chwilę przede mną, gdzieś w oddali migał Jędrek z plecakiem. Byle dotrzeć do bramki, byle ich zatrzymać…

Dobiegamy na miejsce, a tam… pusto. Żywej duszy nie ma. No wszyscy, kurde, zniknęli. Polecieli już?? Zza przeszklonych drzwi wyłania się nagle pracownik lotniska. Pukamy w szybę, ja się drę, że aj beg ju i że let as in ( tak trochę jak Halle Berry w „Gothice”, a trochę jak ten główny z „Genezy planety małp”, ale ogólnie walę w szybę i się drę i raczej nie ma tym nic filmowego). Pan otwiera drzwi kodem (Jezu, to trwa miliony minut!!!), bierze nasze bilety do ręki, zerka na nie..

-A nie, bramkę wam zmienili. C13. Ale już teraz za późno.

JA PIĘTROLĘ.

Kojarzycie te momenty w życiu, że wydaje Wam się, że gracie w jakimś filmie? Że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, a w tle gra doniosła muzyka? Podmuch wiatru rozwiewa Wam włosy, kamera robi na Was zbliżenie…Muzyka osiąga punkt kulminacyjny, bębny biją, pianino nakurza… No to mi się totalnie włączył Forrest Gump.

-Andrzej, ja dam radę! Pobiegnę, zatrzymam ich!

I wycięłam tak zwaną lotę. Torba obijała mi się o bok, wiatr może i faktycznie trochę mi te włosy rozwiewał, a ja biegłam, i truchtałam, i biegłam…i znowu truchtalam (run Forrest, run!). I dobiegłam. Oczywiście nie mogłam znaleźć tej właściwej, obok siebie stały D12 i D14. A D13? Co ona? Peron 9 i 3/4??? Jesteśmy w „Harrym Potterze”???W końcu- mam! Widzę! Widzę samolot! Biegnę, biegnę ostatkiem sił, dobiegam do bramki, opieram ręce na blacie, pani stewardessa patrzy na mnie pytającym wzrokiem..

-YAGHYaygaHYYYyhajyyyyhyyyYYYyyyhyyYYYYy!!!!

Takie coś wychrypiałam. W międzyczasie dotarł Andrzej i tłumaczy pani, że to nas wołali, że samolot jest tu, a my też jesteśmy tu, no to chodźmy do samolotu, tu bilety są! A tu my! A tu samolot! Pani rozłożyła bezradnie ręce, spojrzała z głębokim smutkiem w Andrzejowe oczy, po czym jasno, wyraźnie i bardzo poprawną angielszczyzną z pięknym akcentem powiedziała:

-It’s too late.

Za, kurde, późno.

W tym momencie poczułam, że muszę zrobić coś, co dusiło mnie już od dłuższego momentu. Oczy zasnuła mi mgła, pierś zaczęła gwałtownie falować, świat znowu się zakołysał…

…i zrzygałam się do kosza na śmieci.

Ej, ogarniacie ta konsternację na twarzach ludzi? Ale, kurczaki, zrobiłam szoł. Myślę, że do dzisiaj sobie to puszczają z monitoringu, wyszło jak z you tube’a. Albo w sumie to chyba lepiej.

Ta historia na szczęście ma happy end- bardzo miła obsługa linii KLM przeprosiła nas za zamieszanie (he he), zmieniono nam bilety na późniejszy lot, ogólnie pełna kulturka. A my, już ochłonąwszy, usiedliśmy na ławce pod WŁAŚCIWĄ bramką i skwitowaliśmy całą akcję śmiechem. Szczerym, radosnym śmiechem. Powiem Wam tak- możesz mieć wszystkie przygody świata, możesz wylądować w autobusie donikąd, możesz się zgubić w azjatyckim miasteczku, mogą Ci się skończyć pieniądze, możesz wreszcie spóźnić się na samolot- to wszystko nieważne. Dopóki kochasz siebie, dopóki jesteś swoim własnym przyjacielem, dopóki jesteś z właściwą osobą- jest dobrze. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Jak wyjdziesz z danej opresji, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Możesz krzyczeć, możesz się kłócić, możesz obwiniać wszystkich dookoła… Albo możesz uśmiechnąć się do swoich przygód i uznać, że wnuki będą taką opowieścią zachwycone.

I0220808_01022016092650 (2)

Wspaniały był ten wyjazd. Wspólne perypetie jeszcze bardziej umocniły nas jako związek. Zobaczyłam widoki, których długo, a właściwie to nigdy nie zapomnę. Jadłam pyszne rzeczy. Pluskałam się w turkusowej wodzie. Poznałam kilka ciekawych osób. Usłyszałam kilka niesamowitych historii. Śmiałam się, cieszyłam, śpiewałam i tańczyłam. Po powrocie sprawdziłam swój stan konta- 25, 30.

I wiecie co?

Czuję się jak najbogatszy człowiek świata 🙂 

WP_20160127_16_55_10_Rich

2 komentarze

  1. Beata O.
    • Monika Harwas

Skomentuj