Czasem trzeba zrobić krok w tył…

…żeby potem skoczyć trzy do przodu!

Wywróciłam se życie o 180 stopni i Wam o tym opowiem.

Kojarzycie te amerykańskie filmy, gdzie główny bohater zawsze chciał być aktorem/tancerzem/piosenkarzem, ale w życiu mu coś tam nietegez i zawija wrapy w sabłeju/myje podłogę w maku/odbiera telefony w callcenter? I on tak wierzy, że mu się uda pewnego dnia i tańczy w deszczu na ulicy/śpiewa na dachu/męczy się w jakiś inny sposób, i jest dużo potu, i slowmotion i muzyka taka, że robi wzruszenie… Wiecie, o co mi chodzi, nie?

No to u mnie tak nie było.

Od małego miałam skromne przeświadczenie, że jestem stworzona do rzeczy wielkich. Znaczy się chciałam być piosenkarką. Tylko, że Bozia mi zapomniała dać talentu do śpiewania, a nigdy nie miałam odwagi Britney Spears żeby próbować mimo to, no i jakoś nie wyszło. Potem chciałam być aktorką. Tyle, że podczas napakowanej emocjami deklamacji wiersza na szkolnej akademii… wata z wypchanego stanika postanowiła wyjść na wolność.

Przy. Całej. Szkole.

A to było gimnazjum.

A trauma zadrą w psychice dziecka pozostaje.

Tym sposobem z aktorstwem też mi nie wyszło. Potem chciałam być odpowiednio:

-sławną tenisistką

-człowiekiem bijącym rekord Guinnesa w drążeniu tunelu z piasku (…nie wiem, Czytelniku, nie wiem…)

-archeologiem (tak, Lara Croft pojawiła się na polskich półkach. Tak, Jurassic Park też.)

-a skończyło się na lekarzu („Ostry dyżurze”, I owe you!).

No i nic nie wyszło. Rakietę tenisową odłożyłam na bok, z tym piaskiem to naprawdę nie wiem o co mi chodziło, a gust filmowy ewidentnie mi się zmienił. Trochę wbrew sobie, (chociaż jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam), ale za to ku zachwycie rodziny, trwałam przy pragnieniu zostania lekarzem.

Tylko, że po drodze zapomniałam zadać sobie jedno, zajebiście ważne pytanie.

No właśnie.

Klasa biologiczno-chemiczna dość szybko zweryfikowała moją przydatność do wykonywania zawodu, czyli dostałam w twarz żabą w formalinie, ortokrzemianem potasu i równaniem stanu gazu doskonałego. Umęczyłam się okropnie, żeby na dwa miesiące przed egzaminem dojrzałości (ha ha ha) dość dramatycznie zmienić szkołę wraz z przedmiotami maturalnymi. I zdałam to cholerstwo śpiewająco.

Dostałam się na sinologię. 29 osób na 1 miejsce, czaicie??? Byłam jedną z pierwszych na liście.

No paaaaanie. Po takim sukcesie to nic, tylko ulepić se swój własny pomnik z ciastoliny, postawić na biurku i upajać się swoją zajebistością. Można też wydrukować siebie w proporcjach 1:1 i powiesić na ścianie, ewentualnie w grę wchodzi też mały, dyskretny ołtarzyk.

Tylko, że ja już miałam depresję.

A sinologia to wcale nie było to.

Nie mówię, że chiński nie jest fajny. Kurde, jest super! Tylko to nie był ten czas, może to nie było to miejsce, a już na pewno to nie byli ci nauczyciele. Pamiętałam doskonale dręczenie nauczycieli z czasów liceum, a tutaj- niespodzianka! Idziemy level wyżej, czyli też dręczymy i wyzywamy, ale już jesteśmy per „pani”! Może gdybym była bardziej odporna i miała grubszą skórę, ale no cóż…

Niektórzy ludzie są jak owoce. Są twardziele, o grubej skórze- jak ananasy na przykład. Albo są nieśmiałki- jak pomarańcze. Niby gruba pokrywa, a w środku sama słodycz. Ja jestem, cholera, mirabelką. Ledwo dotkniesz i plask, rozćłapana w pi**u.

I na sinologii też nie wyszło. Po drodze próbowałam jeszcze anglistyki, iberystyki (tu dotrwałam najdłużej), charakteryzacji teatralno-filmowej… O, to ostatnie akurat poszło. Uff, coś mi się jednak w życiu udało.

<gdzie się kupuje ciastolinę???>

Tak mi się życie jakoś słuchajcie ułożyło, że ostatecznie olałam te studia. Zostałam wizażystką, parę epizodów w formie charakteryzatora też się zdarzyło, tutaj jakiś film zrobiłam, tam serial, trochę tych pokazów mody było, sesje, śluby…, szkolenia prowadziłam… Nie mogę narzekać. Mój zawód jest super, daje mi satysfakcję, artystyczny wycisk, jak się widzę w napisach, to jakoś tak rosnę trochę…

Ale to jeszcze za mało.  

Widzicie, bo z tą depresją to jest tak, że jak już ją w miarę okiełznasz, to tak, jakbyś dopiero zaczął żyć. To tak, że ktoś Ci mówi, że coś możesz, a Ty sobie myślisz o cholera, faktycznie. To tak, że sam wiesz, że możesz. Bo nagle przestajesz się ograniczać. To trochę tak, jakbyś miał całe życie katar i nagle oddychasz nosem ze swobodą. No ogólnie to całkiem zajebiście po prostu.

I ja chcę więcej. Chcę pisać tego bloga, chcę kręcić śmieszne filmiki, chcę podróżować, chcę żyć… znowu chcę studiować. I tu dochodzimy do kroku w tył- wróciłam na studia. Bo chcę i bo wreszcie mogę. Bo do pewnych rzeczy się dorasta- do samodzielnego gotowania, do dbania o mieszkanie, do psa, do dziecka… do studiów. Bo niedokończone sprawy są wrzodem na… no tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Bo robić rzeczy na odwrót też jest fajnie!

Hej, Czytelniku! Coś się ciągnie za Tobą, jakaś rzecz niezałatwiona, coś niedokończonego? Nie odkładaj, no chyba, że tak jak ja wcześniej, musisz do tego „dojrzeć”. A jeżeli kieruje Tobą lenistwo/strach/cokolwiek innego, co w gruncie rzeczy jest pierdółką- tym bardziej zabierz się za swoje zaległości! Gwarantuję, że warto (strasznie fajnie jest znowu mieć wszystkopis i mówić „idę na zajęcia”).

No to tego, idę się pouczyć!

WP_20160206_17_28_49_Rich

6 komentarzy

  1. Agata
    • Monika Harwas
  2. B.O.
    • Monika Harwas
  3. lukasz
    • Monika Harwas

Skomentuj