Malezyjskie wpadki i wypadki, czyli egzotyka w wydaniu Moniki H. Część pierwsza.

Zapnijcie pasy, lecimy do Azji.

 

Urlop, urlop w środku stycznia madafaka! Rajskie plaże, palmy, kolorowe rybki, świeży kokos… dni odliczałam! Kropkami w kalendarzyku zaznaczałam! Ale po kolei. Najpierw opowiem Wam, jaki był plan…

WP_20160127_16_36_11_Rich

…a potem przejdziemy do rzeczywistości.

Zapięliście te pasy?

Jeżeli chodzi o wywczas, jestem typem planera. Na kilka miesięcy przed urlopem robię prawdziwy, profesjonalny, kreślony długopisem na mapie myśli research. Sprawdzam, gdzie warto pojechać, jakie hotele polecają turyści, jak w danym miejscu działa Airbnb. Zaznaczam turystyczne atrakcje, kreślę mapki dojazdu, spisuję najważniejsze informacje dotyczącego danego kraju. Wszystko, wszystko mam ogarnięte, rozrysowane, podkreślone różowym mazakiem i zaplanowane. Jestem chodzącą, kurde, turystyczną wikipedią.

Tak też było z Malezją. Plan był piękny i nieskazitelny, perfekcyjnie przygotowany (btw, polecam blog http://zuinasia.com/, kopalnia przydatnych informacji :)). Przylatuję do Kuala Lumpur, na miejscu czeka już na mnie Narzeczon, jedziemy do miasta do dzielnicy Chinatown, tam mamy zabookowany hotel, machamy prysznic i lecim w zwiedzanie. Następnego dnia rano z pobliskiego dworca autobusowego Putrajaya (sprawdziłam, 300 metrów od hotelu) wsiadamy w autobus (nowoczesny, klimatyzowany, tak czytałam) i jedziemy prosto do Penang, do jego starej części zwanej Georgetown. Zwiedzamy Georgetown (śliczne murale na budynkach, domki na palach tuż nad wodą, pyszne jedzenie- wszystko czeknięte), zaliczamy nocleg w samym sercu starówki i rano przeprawiamy się promem z portu nieopodal, kierunek- rajska wyspa Langkawi. Tam kilka dni nicnieróbstwa, plażostwa i turystwa, a nastepnie cyk! tożsama droga z powrotem i samolocikiem do domku z Kuala Lumpur. Pięknie, pięknie to wszystko w notatkach wyglądało. No lepiej tego zaplanować nie mogłam!

Ale zapomniałam, że to jest Azja.

A Azja to przede wszystkim stan umysłu.

Rzeczywistość- szczęśliwie wylądowałam na lotnisku w KL, bagaż jest, Narzeczon czeka- checked. I dalej już mało rzeczy poszło zgodnie z planem.

To teraz skupcie się, wytężcie wzrok, podłączcie komputery do ładowania i załóżcie kaski- witam w Malezji. Z lotniska ładujemy się do pociągu prosto do centrum miasta (50 ringdindingów/osobę, trochę drogo, miało być najtaniej, ale co tam- Malezja! Kuala Lumpur! Jezusmaria wakacje!). Jedziemy! Wysiadamy na Głównym, zalewa nas tłum Azjatów (no Azja w końcu, ale dziwne uczucie- górować nad ludźmi, jeszcze mi się to chyba w życiu nie zdarzyło, zawsze to ja byłam w warstwie krasnali), do Chinatown mamy jeden przystanek metrem. So far so good. Wysiadamy.

Kojarzycie tą piosenkę Turnau’a „Na ulicach cichosza, na chodnikach cichosza…”?

No to w Azji zupełnie tak nie ma.

Ruch i popłoch wszędzie, tu ktoś mnie popycha, tam zaczepiam torbą o krawężnik, ludzie ludzie ewryłer, nic nie widać, wszystko po chińsku (Chinatown, Monika, heeeeloooooł!), do tego samochody i skutery do pełna, a to wszystko jedzie PO ZŁEJ STRONIE (czyli ruch lewostronny, Brytyjczycy im w spadku zostawili). Ogólnie chaos totalny, dzieje się wszystko i to szybko i głośno i trąbię, więc jestem, tylko ja nie mam w podręcznym klaksonuuuu! Andrzej znika i pojawia się w tłumie, łapie mnie za rękę, tłum nas rozdziela, Jezu słodki, przecież tak zginął Mufasa, i jak tu znaleźć nasz hotel w samym środku Petalling street- tętniącego życiem centrum Chinatown? Po kilku rundach w tą i z powrotem, spoceni, czerwoni i lekko przerażeni- znajdujemy! Jest szyld! D’oriental Inn! Jesteśmy uratowani!

Nie zrozumcie mnie źle- wcale nie spodziewałam się niczego innego, tak naprawdę czekałam na ten gwar i tłum, jako nieodłączny element azjatyckiej kultury, po prostu bardzo nagle dostałam Malezją w twarz i chwilę trwało, zanim rozmasowałam szczękę po asianstyle sierpowym 🙂 Dobra, nieważne, jesteśmy w hotelu, jest egzotyka, są wakacje, pełen entuzjazm, ogarniamy się i ruszamy na podbój miasta!

Pierwszy wieczór w Kuala Lumpur nie rozczarował, a wręcz przeciwnie, totalnie mnie zachwycił:

  • zjadłam kolację na wysokości 282 metrów nad ziemią. Czekajcie, powtórzę. na wysokości 282 metrów nad ziemią ja, Monika Harwas, w eleganckiej białej sukience i szpilkach jadłam przepyszną, malezyjską kolację w doborowym towarzystwie, i winem ją popijałam. Kojarzycie te momenty, że gdyby akurat nikt na Was nie patrzył, na bank puścilibyście zwieracze luzem i najnormalniej w świecie zesralibyście się ze szczęścia? No to był właśnie taki moment. Tylko jakoś tak skasztanić się nie wypadało. Wiecie, 282 metry nad ziemią. Ja pierniczę. Życie jest wspaniałe. I polecam restaurację Atmosphere 360 🙂

WP_20160122_15_43_32_Rich

WP_20160122_14_03_00_Rich (2)

IMG_4845

IMG_4841

  • Przytuliłam jedną z wież Petronas. A mówią, że takie niedostępne ;p

WP_20160122_17_19_58_Rich

WP_20160122_17_21_48_Rich

  • Byłam na koncercie Najgorszego Zespołu Świata. Serio. Wiecie już pewnie, że mi muzyka w tańcu i śpiewie nie przeszkadza, nie? No to im nie przeszkadzała bardziej. Zupełnie nie do rytmu, każdy śpiewa swoje, tekst wymyślany na bieżąco, a do tego szalone wygibańce. Kojarzycie początek piosenki „Wind of change”? Zaśpiewali ją. Tylko, że żadne z nich nie umiało gwizdać. To jest, kurdeszka, prawdziwa odwaga, a nie tam Łitnej Hjustony na czysto zaśpiewać. „Wind of change” z gwizdami, które nigdy nie stały obok gwizdów! Szczerze? Dawno się tak wspaniale nie ubawiłam! Muzyka grała tak zajebiście drugoplanową rolę w tymże pubie, a wszyscy bawili się tak doskonale, że nie miałam innego wyjścia, jak dać się porwać melanżowi. Nareszcie moje klimaty! Wszyscy mają rytm w dupie! Ale się wytańczyłam!

IMG_4858

WP_20160122_19_00_13_Rich (2)

Dobra, wracamy do planu i do podróży. Następnego dnia pobudka, szybki ogar i w dalszą drogę. Rzecz banalna- dostać się na pobliski dworzec Putrajaya, zakupić bilet na autobus, załadować tam swoje pupsko i wysadzić je po pięciu godzinach w Georgetown.

Tylko, że tego dworca już tam nie ma.

Ale pani kochana, pani się nic nie martwi, zaraz znalazł się miejscowy Hindus, cap! nas za rękę, o tutaj bileciki na autobusik proszę, gdzie trzeba? A do Georgetown? Pani kochana, problem żaden, proszę bardzo, tu bilecik, 40 ringudingów, trzymaj, nie zgub, tylko tutaj busów nie ma, tam trzeba iść, chodź pani za mną, o, tutaj, za rogiem, o tam, przez ulicę, tam busik stoi. Ale, co, że nie ten? Jak nie ten, to zawiezie do tego, co trzeba, co się pani martwisz, nic się pani nie martw, zobacz, jaka pogoda ładna! Kurczowo ściskając bilety, zostaliśmy ochoczo i w pospiechu wpakowani do małego autobusu, popędzani po drodze przez kilku lokalesów, że szybciutko, szybciutko, tak, ten busik dobry. No i stoimy. Chyba na coś/kogoś? czekamy, ale w sumie to nie wiadomo. Nagle orientuję się, że na wymiętolonym bileciku na właściwy autobus jest wydrukowana godzina odjazdu. I to jest dokładnie za pół godziny, a nam się tu jakby zupełnie w tym autobusiku nie spieszy. Idę do kierowcy, który najpierw patrzy na mój bilet, potem kręci głową, potem przez jego twarz przemyka chmura poirytowania, a potem nagle kończy mu się angielski. Zaraz znajduje się natomiast następny pan, który szczodrze gestykulując, uspokaja nas, że dobry dobry ten bilet i autobus też dobry i no worry no worry, będzie autobus, będzie na pewno. No to „no worry”, wracamy na nasze miejsca, jakoś to będzie. Jeszcze nie było tak, żeby jakoś nie było.

Dojeżdżamy do dworca głównego i tu się dopiero, pani kochana, zaczyna Sparta. Znaczy się Azja. Bilet jest, ale autobusu już nie ma, na tablicy napisane, że odjechał, ale podobno opóźniony. Siadajcie tutaj, pokażcie te bilety. A nie, to tam idźcie. A czemu tu przyszliście? Przecież tam trzeba iść! Ganiamy z walizkami w jedną i w drugą, żołądki zaczynają domagać się śniadania, bo w tym pospiechu zdążyliśmy tylko połknąć banany kupione na stoisku po drodze. No ale, cholera, strach iść do sklepu, bo a nuż się okaże, że nasz autobus właśnie przyjechał i odjeżdża bez nas? Mężczyzna mój, jak na prawdziwego samca alfa przystało, poszedł poszukać pożywienia, a ja w tym czasie postanawiam zasięgnąć nieco informacji. Stoi jakaś pani, krzyczy głośno, ręcyma gestykuluje, miejsca wskazuje, myślę- kierowniczka. No to idę, pokazuję bilet, pliz help, usmiech nr 5. Pani patrzy na mnie, na bilet, na mnie, znowu na bilet…Kiwa głową. Aha, jestem w systemie. Dobra nasza.

Po jakiejś godzinie czekania, z Andrzejem zaczynamy się już przyzwyczajać. No taki klimat, hej przygodo, chcieliśmy podróżnikami być w końcu, no to tak wygląda podróżowanie. Całkiem jest zabawnie, a na pewno ciekawie. Nagle, jest! Autobus do Penang! Popłoch wielki, dostaję czyjąś walizką w goleń, nieważne, kierowniczka mnie popycha, szybko szybko, dobry autobus, autobus dobry, wy tutaj wy tutaj! Siadamy. Nie, nie siadamy, opadamy na siedzenia. Uff, no to jedziemy. Droga jak to droga, ciągnie się leniwie, chociaż momentami prędkość nasz busik osiąga naprawdę imponującą, że nie wspomnę o wchodzeniu bokiem w zakręty. Po kilku chwilach powieki stają się ciężkie, oczy same mi się zamykają, odpływam w sen…

-Wy teraz wysiadacie!

Okrzyk kierowcy wyrywa mnie ze snu. Jak wysiadamy? Że Georgetown już? A gdzie piękna staróweczka? Ja tu widzę środek autostrady! Okazuje się, że owszem, ten autobus jedzie do Penang, ale tylko do lądowej części. Na wyspiarską część Penangu jedzie inny, ale pani kochana, o tu stoi, przesiadajcie się hyc hyc! i on Was tam zawiezie. Wybuchamy z Narzeczonym śmiechem no i co tu robić, zabieramy walizy i ładujemy się do kolejnego busa. Nic, co wydaje się być proste, nie jest w Azji proste, zapamiętajcie me słowa 🙂 Po jakimś czasie wjeżdżamy na wyspę, krążymy, krążymy, mijamy jedno rondo, drugie, trzecie, w końcu zatrzymujemy się… I to na pewno nie jest Georgetown. Mówiłam już, żeby nie cieszyć się w Malezji zawczasu? 🙂 Nieważne, łapiemy taksówkę i docieramy w końcu na miejsce- hotel 5imply 9nice Heritage w samym środeczku Georgetown. Miły chłopiec w „recepcji” (oooh dzieciaczku, ile Ty masz lat? 14? Jezu jak oni to robią, że tak młodo wygladają???) prosi nas, żebyśmy chwilę poczekali, sprawdzi tylko naszą rezerwację i… znika na godzinę. Na szczęście jestem pojętnym uczniem, jeżeli chodzi o malezyjski savoir-vivre i już tylko siedzę i się uśmiecham. A co tam. Malezja! Wakacje! Po odebraniu klucza idziemy na górę do naszego apartmą, a tam… pokój z łazienką w dosłownym tego słowa znaczeniu:

WP_20160123_11_22_00_Pro (2)

Azja, nie?

I znowu- szybka zbiórka i ruszamy dalej w miasto. Czeka nas przecież podziwianie słynnych malunków na budynkach, degustacja lokalnych smakołyków i podziwianie morza! Ah, i musimy jeszcze znaleźć port i kupic bilet na prom, żeby następnego dnia dostać się na wyspę Langkawi… Czy uda nam się?

To be continued…

😉

2 komentarze

  1. Ewa
    • Monika Harwas

Skomentuj