Bikini body w miesiąc- i jak wyszło?

Chcecie wiedzieć jak mi poszło? 

 

Pamiętacie, jak się napalałam na wakacyjne, boskie ciało? Dla tych, co już zapomnieli, przypominajka: boskieciało. Czas na spowiedź.

Wiecie jak to jest- zbliża się termin urlopu, a Ty nagle spostrzegasz, że maciek jakby się rozpasał, a cellulit podbił w międzyczasie nowe tereny. Normalna sprawa, terytorialne bydle przecież to jest. Tak nawiasem mówiąc, kto w ogóle wymyślił cellulit??? Przecież to nie ma żadnego biologicznego wytłumaczenia na swoje istnienie! Przetrwać nie pomoże, w zimie nie ogrzeje i nawet nie jest cyckami! Bez sensu. Wróćmy do przedurlopowej histerii, to jest przynajmniej zabawne. No i tutaj mamy różne etapy:

Pierwsza faza- rozpacz. Mile widziane: płacz, spazmy, krzyki („JESTEM GRUBAAAAAAAA!!!! RZUĆ MNIE JUŻ TERAZ ZANIM CIĘ ZJEM W PRZYPŁYWIE NOCNEGO GŁODUUUUU!”). Ogólnie histeria, histeria. Łzy, więcej łez, jeszcze więcej łez.

Faza druga- to niemożliwe. Czyli wyparcie. Biegniesz do jeansów sprzed roku i teraz dopiero zaczyna się tańcowanie. Na kanapie. Albo na podłodze. Ale głównie to na leżąco. Próbujesz wcisnąć na siebie te cholerne jeansy. Dochodzisz do wniosku, że skurczyły się w praniu. Beznadziejna ta pralka.

Faza trzecia- pogodzenie się z sytuacją. Mocne postanowienie poprawy. Zakupiony karnet na siłownię. Polajkowane wszystkie fitprofile na Instasiu.

No cóż, ja przed wakacjami troszkę pofolgowałam sobie ze słodyczami, ale wiecie, jak to jest- jeden Mars dziennie jeszcze nikomu nie zaszkodził. Albo dwa. Ewentualnie cztery. Źle ze mną nie było, ale postanowiłam, co następuje: nie dla słodyczy, regularny trening i zbilansowana dieta przez miesiąc. I zobaczymy.

Dobra, to zobaczmy.

Oto dowody na zdjęciach. Ja miesiąc temu i ja na wywczasie:

Perfect365(13) WP_20150920_12_32_31_Rich WP_20150922_14_26_06_Pro

Ej no spoko! KONKLUZJA: przez miesiąc można cośtam zdziałać i podrzeźbić se maćka! Oczywiście wielkich zmian nie ma i nie jestem nagle Chodakowską, ale i tak się jaram- warto nakurzać te brzuszki!

Dobra, to co się przez ten miesiąc działo?

Ćwiczyłam regularnie, minimum 3x w tygodniu- weszło mi to potem w krew i jakoś tak nieswojo było bez żadnego treningu. Czasem fitness, czasem bieganie, czasem motocross- cośtam cały czas robiłam. Plusy systematycznego pocenia się- rzeźbisz se ciało, jarasz się sobą i chętniej wbijasz się w obcisłe kiecki i w ogóle porażasz zajebistością, energią, endorfinami i entuzjazmem, trochę też rzygasz tęczą. Minusy- no tutaj nie ma co słodzić, jeśli pracujesz w trybie 8-10 godzin dziennie musisz czasem z czegoś zrezygnować na rzecz regularnego treningu. Kino z chłopakiem, kawka z przyjaciółką, piątkowa impreza czy fitness? Takie zaczynasz mieć dylematy i to jest absolutnie niewspaniałe. Nie można mieć wszystkiego, a już wszystkiego na raz to w ogóle nie można, a szkoda, bo ja bym chciała.

Słodycze odpuściłam sobie. Na jakieś dwa tygodnie. Potem rzuciłam się na orzechowe Prince Polo a jakby było można, to obłożyłabym się cała czekoladą, polała budyniem i nasypała na to wiórki kokosowe. Tak że tego. No nie wyszło.

A potem były wczasy…

Jak wszyscy wiemy, urlop rządzi się swoimi prawami i jeżeli na urlopie czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. No to sobie wyobraźcie, co się w tej Grecji działo. EAT ALL THE CIASTKI. Ćwiczenia? A nieee, no senkju, leżę na plaży. Strój do biegania, oczywiście, wzięłam. Chyba nigdy tak długo złożony w kosteczkę w torbie nie leżał. Robiłam nic, jadłam ile wlezie i byczyłam się okrutnie. Nie żałuję ani jednego ciasteczka, wszystkie były pyszne. No dobra, wypoczęłam, wróciłam, jestem. Czyli powrót do bazy.

To co, zaczynamy od nowa?

Skomentuj