Impossible is nothing, czyli XXVI Grand Prix Niepodległości w Sochaczewie.

Mieszanina piasku, Powerade’a i banana- tak właśnie smakuje moje spełnione postanowienie.   

Dokładnie rok temu, 11-go listopada, stałam na torze motocrossowym z rozdziawioną buzią, wytrzeszczonymi gałami, ślinotokiem i ubłoconymi butami („włożę nowe adki, będzie lans na torze”) i wszystkimi komórkami swojego ciała zazdrościłam zawodnikom startującym w Sochaczewskim Rajdzie Niepodległości. W tamtym momencie niczego bardziej nie chciałam, niż być Lonką, Kędzierskimi i Blanką Kalisz jednocześnie, nie było wspanialszego i bardziej spektakularnego sportu niż tamte zmagania w błotnej mazi, nie było wyższych skoków nad tamtejsze hopy, no ogólnie było ultrazajebiście i w tle powinna lecieć muzyka z „Gladiatora”. Dokładnie rok temu, 11-go listopada, byłam także w posiadaniu Yamahy YZ 85, bez większych perspektyw na zakup nowego sprzętu, a już na pewno bez umiejętności wystarczających, by czynnie brać udział w wymarzonym wyścigu. I właśnie tamtego dnia, (11-go listopada, tak tylko powtarzam dla większego dramatyzmu) obiecałam sobie, że żeby nie wiem co, żeby skały sr*ły, wystartuję w Grand Prix Niepodległości, będę jego częścią. Nie było łatwo przez ten rok, oooj nie było- był to czas poświęceń, dużych zmian, czasem bolesnych, hajsozbieractwa i paru niefajnych upadków, ale też czas nowego- ludzi, wyzwań, pozytywnej energii.

Brzdęk, mamy rok 2014, jest 11 listopada, są zawody, a ja stoję na starcie, ściskając kurczowo kierownicę MOJEJ Yamahy YZ 125 (nazbierałam, nazbierałam!!!!)  i zadaję sobie to nieodłączne, wciąż powracające pytanie- „po co ja se to robię?!?” Po co, to nie wiem, ale wiem, dlaczego- bo to jest moja pasja, moja ścieżka, którą sobie wybrałam, moje zmaganie się z samą sobą i swoim strachem, moje pokonywanie własnych barier, moje spełnione marzenie. Bo wypełniłam obietnicę, którą sama sobie złożyłam. Powiem Wam tak, Kochani Czytelnicy- nieważne, co w życiu robicie, nieważne, co Was jara ( no chyba, że jarają Was małe dzieci w strojach klaunów, to wtedy jest trochę dziwnie) jeżeli wymarzycie sobie jakiś cel, nawet jeśli wydaje się nieosiągalny- dążcie do niego, niech Wam nigdy nie znika z oczu.  Mam 27 lat, przyjaciele mówią na mnie Mumin, wszystkie moje żarty to suchary, jestem wizażystką, zarabiam średnią krajową i startowałam w tym roku na zawodach motocrossowych w Sochaczewie na swoim własnym motocyklu. Impossible is nothing.

motur lece

motur

motur2

motur3

motur4

motur5

motur7

fot. Nina Budrewicz, Michał Misiek Kozłowski

4 komentarze

  1. Kasia
    • Monika Harwas
  2. Jurand ze Spychowa
    • Monika Harwas

Skomentuj