Autobusz, szupermarket i gipszkarton, czyli Węgry według Moniki H.

  Bóg mi ostatnio zesłał parę dni wolnych…

… więc postanowiłam je mądrze wykorzystać i nadrobić rodzinne zaległości, co przełożyło się na krótki wypad z rodzicami i Mężczyzną Mojego Życia do miejscowości o obiecującej nazwie Bogacs. Ostatnie wakacje z z moimi biologicznymi stwórcami pamiętam jako małe, chude, piegowate i przepoczwarzające się stworzenie w jakże rozkosznym wieku lat 13, więc tym razem miało być zupełnie inaczej 🙂 I powiem Wam, że jako osoba względnie, a przynajmniej metrykalnie dorosła, oficjalnie uznaję urlopowanie z rodzicami za bardzo fajną sprawę. To już jest chyba ten wiek, kiedy człowiek przestaje się obrażać, strzelać fochy i wszystko sprowadzać do kategorii obciachu, a po prostu cieszy się wzajemnym towarzystwem. Dotarłam też do momentu, w którym doceniam to, co mam, i najnormalniej w świecie się tym jaram ;p
Spędziliśmy parę iście emeryckich dni mocząc się w gorących basenach termalnych (na to chyba jednak jestem jeszcze za młoda, miałam wrażenie, że siedzę w ciepłych sikach), spacerując i zwiedzając (oJezuBudapesztjestpiękny). Język węgierski sprawia, że gwałtownie wzrasta mi poziom serotoniny, te wszystkie szupermarkety i buszy, no szuper szprawa!
Polecam Wam, moi kochani, spędzenie paru chwil z rodziną w te wakacje, ja na nowo odkryłam, jacy to fajni ludzie są!

no cóż, grupowe selfie nam najwyraźniej nie wychodzi…

takie tam, z Titanica

Skomentuj